Słowenia – miniaturowa Europa (2013)

Skąd wziął się pomysł na zwiedzanie Słowenii? Chyba jak zwykle najsilniejszym argumentem były góry. W szczególności zaś Alpy Julijskie z Triglavem na czele, a także możliwość osiągnięcia doznań ekstremalnych na istniejących tu i ówdzie drogach żelaznych, zwanych w mowie makaronowej via ferrata. Poza tym Słowenia to kraj nieduży, ale mogący być źródłem różnorodnych wrażeń – w ciągu dwóch-trzech godzin można zamienić chłód alpejskich dolin i przełęczy na rozpalone ultrafioletem wybrzeże Adriatyku, bo dzieli je mniej niż 200km ;) .

Wycieczkę planujemy na dwa ostatnie tygodnie lipca licząc na to, że pogoda utraci część swojej czerwcowo-lipcowej gwałtowności, a jednocześnie tłumy Włochów i Słoweńców nie zdecydują się wyjechać na urlop wcześniej, niż w swoim rzekomo ulubionym sierpniu.


Dojazd do Słowenii

Trasę do Słowenii decydujemy się podzielić na dwa dni, chociaż prawdopodobnie dałoby się dotrzeć w jeden – ostatecznie z Warszawy to ok. 1100km, a większą część trasy można pokonać drogami ekspresowymi i autostradami. My łapiemy nocleg przy granicy z Czechami. Uznajemy czeskie autostrady za zbyt drogie i zbyt marne, by za nie płacić, więc za karę tułamy się po krętych czeskich drogach, wpadając tu i ówdzie w sidła objazdów. Na autostradę wjeżdżamy dopiero w austriackim Wilfersdorfie i nie opuszczamy jej już aż do osiągnięcia Alp Julijskich, a konkretnie kempingu w Mojstranie (ulokowanego niedaleko Triglava). Na samym końcu trasy jedziemy przez Kranjską Górę – nadrabiamy wprawdzie kilkanaście kilometrów, ale za to nie płacimy za tunel łączący Austrię i Słowenię. Dojeżdżamy do celu wieczorem… ale na szczęście nie późnym wieczorem, a czemu jest to szczęśliwe zrządzenie losu – o tym później.

Od razu po wjeździe w dolinę, ciągnącą się od granicy z Włochami do miasta Jesenice, można zorientować się, że okoliczne góry to nie Karpaty, nie Góry Dynarskie, ale Alpy. Okoliczne zbocza są strome i wyrastają ziemi nagle; ot, czerń i biel, bez odcieni szarości :) .

Rozbijamy namiot na jednym z tańszych kempingów, jakie znaleźliśmy w Słowenii. Jest dość zadbany, aczkolwiek trudno uznać go za atrakcyjnie położony, bo znajduje się zaraz obok drogi i przejeżdżające nim samochody robią sporo hałasu. Zdecydowana część sąsiadów mieszka w kamperach i przyczepach kempingowych. Przyjemność wzięcia prysznica kosztuje i to niemało.


Dzień 1 – wejście na Mojstrovkę

Na rozgrzewkę planujemy wejść na Małą Mojstrovkę (2322 m.), na którą prowadzi zarówno łatwy do pokonania szlak, jak i dość łatwa do przejścia via ferrata. Nie posiadamy własnych uprzęży i kasków, więc odbieramy na kempingu zamówione jeszcze w Polsce komplety (uprząż biodrowa + kask). Niestety, jakoś nie idzie nam wymyślenie jak należy założyć na siebie ten sprzęt, w związku z czym poranek spędzamy na poszukiwaniu firmy, która wynajęła i dowiozła nam go na kemping. Nie jest to łatwe zadanie, ale wreszcie odnajdujemy właściwe domostwo w Mojstranie i sympatyczna pani ratuje nas od dalszej frustracji, wstydu i zagrożenia życia ;) .

Z dość poważnym spóźnieniem udajemy się wreszcie w góry. Przez Kranjską Górę dojeżdżamy na przełęcz Vršič. Szalona to trasa, na której – mimo jazdy lubującym się w niskich obrotach turbodieslem – czasami trzeba podjeżdżać na pierwszym biegu i to niekoniecznie z powodu zakrętu. Od czasu do czasu zza drzew przebijają ogromne urwiska na wschodzie, ale czasu na podziwianie widoków nie ma dużo, tym bardziej że ruch na drodze nie jest mały i od czasu do czasu należy NIE rozjeżdżać pedałujących pod górę masoch… rowerzystów ;) .

Wreszcie dojeżdżamy do przełęczy, zajmujemy wolne miejsce parkingowe i uiszczamy opłatę. Ludzi jest pełno, więc czym prędzej ruszamy pod górę – łatwiejszą trasą – licząc na to, że wycieczki samochodowe są popularniejsze od górskich. Wspinamy się stromo i dość szybko trasa zamienia się w wesołe poślizgi na kamieniach przy pokonywaniu piargu. Jestem świeżo po urazie jakiegoś kawałka układu mięśniowego lub kostnego, trzymającego moją nogę w rozsądnej odległości od tułowia i za każdym razem, gdy jakiś dolomit czy inny wapień ucieka mi spod buta, w mojej głowie odzywa się hejnał. Czego jednak się nie robi, by postawić stopę na szczycie? ;)

Kiedy wreszcie pokonujemy piarg, okazuje się, że reszta trasy również składa się z deptania kamieni, na szczęście wykazujących mniejszą ruchliwość. Docieramy na szczyt i widoki w dużym stopniu rekompensują doznane wcześniej krzywdy ;) .

Zgodnie z planem, schodzimy do przełęczy via ferratą. Z tej strony ruch turystyczny wyraźnie rzednie i spotykamy w sumie jedną osobę oraz stado owiec. Początkowo nic nie zapowiada spodziewanych atrakcji, chociaż jest stromo. Tu i ówdzie napotykamy wbite w skałę uchwyty, szczególnie gdy schodzimy dużymi, stromymi, skalnymi stopniami. Trzeba dbać o to, żeby patrzeć pod nogi, a nie przed siebie, bo widoki po północnej stronie Mojstrovki są niczego sobie.

Mimo GPSa na mniej stromym odcinku trasy oczywiście się na trochę gubimy, ale dość szybko udaje nam się odnaleźć oznakowania. Wreszcie zaczyna się także właściwa ferrata – najpierw dość łatwym, poziomym przejściem, które nie wymaga w zasadzie przypinania się (jesteśmy rozczarowani, że jak to, to już koniec?), a chwilę później zaczyna się ostre zejście w dół. Ekspozycja nie jest duża, ale wystarczająca, żeby zrobić sobie kuku. Sprawnie wytracamy wysokość i w końcu stajemy na poprowadzonej po piarżystym terenie ścieżce, nad którą urwiska Mojstrovki nieomalże się nachylają. Z pewną nerwowością obserwuję, czy żaden kawałek skały nie zamierza właśnie odpaść.

Chwilę później osiągamy trawiastą przełęcz i od tej pory szlak wiedzie łatwym terenem wśród pierwszych drzew i kwitnącego alpejskiego zielska. Żeby nie było zbyt łatwo – gubimy oznaczenie szlaku i schodzimy w dół zarośniętym żlebem. Gdy otwieramy drzwi samochodu jest późne popołudnie, tak więc wycieczka zajęła nam raptem kilka godzin. Zawijamy się z powrotem do Mojstrany, gdzie z prognozy pogody dowiadujemy się, że ładna pogoda utrzyma się tylko przez jeden dzień, a to oznacza, że następnego dnia z rana wyruszamy na Triglav.


Dzień 2 – zdobywamy Triglav

Zbieramy się z namiotu tak rano, jak się da. Czyli – w naszym przypadku – nieszczególnie wcześnie. Po 8 rano wsiadamy do samochodu i mkniemy drogą prowadzącą do doliny Vrata, a konkretnie – do parkingu przy schronisku Aljažev dom. Plan jest taki, żeby na Triglav (2864 m.) wejść i zejść w ciągu jednego dnia, bo chociaż na górze schronisk nie brakuje, to nam raczej brakuje pieniędzy na wykupienie sobie przyjemności słuchania słoweńskiego chrapania ;) . Zadanie nie jest proste, bo tylko w pionie trzeba pokonać jednego dnia ponad 3,5 kilometra: Aljažev dom jest bowiem położony na wysokości zaledwie kilometra. Wybieramy wariant wejścia najtrudniejszą ferratą, zaczynającą się na przełęczy Luknja, i zejścia jedną z pozostałych.

Trasa na Triglav (openmaps.eu)

W każdym razie przed 9 rano udaje nam się dotrzeć na parking, ruszyć przed siebie z gpsem w ręku i… zgubić się. Trwa akurat wycinka fragmentu lasu, która skutecznie utrudnia znalezienie oznakowanego szlaku. Na szczęście gubimy się tylko na chwilę i w miarę sprawnie udaje nam się powrócić na szlak. Prawie równo o 9 mamy okazję pierwszy raz oglądać słynne północne urwiska Triglava, wciąż jeszcze nieco „porannie zamglone”. Temperatura jest bardzo przyjemna, a zza skalnych ścian powoli wychyla się słońce, oświetlając dolinę. I kiedy wychodzi na dobre, przekonujemy się osobiście, że pogoda będzie BARDZO dobra – każdy kolejny krok staje się cięższy od poprzedniego, a powietrze coraz trudniej przepycha się przez drogi oddechowe.

Kilka razy mijamy się z nielicznymi chętnymi na wejście od tej strony i po mozolnej dreptaninie przez coraz niższą roślinność docieramy do piargu, na którym słońce praży już bezlitośnie. Potykając się na kamieniach, wspinamy się ostro w górę do słynnej przełęczy Luknja (1758 m.). Czemu zawdzięcza swoją sławę – nie wiem. Jest niewątpliwie bardzo wąska i gdzie by się z niej nie ruszyć – jest stromo. Tutaj robimy dłuższy odpoczynek, wdziewamy uprzęże i kaski. Znajdują się i tacy, którzy w kierunku Triglava ruszają przed nami bez dodatkowych ubezpieczeń – Słoweńcy nie traktują chyba do końca poważnie możliwości odpadnięcia od skały ;) .

Ruszamy z pewną dozą niepewności pod górę. Czystej wspinaczki nie ma tu bardzo dużo ale ktoś, kto nigdy nie był na trudniejszej ferracie (to my-yy!), musi zredefiniować swoje wyobrażenie słowa „ekspozycja”. To nie jest tak, że „gdzieś tam” obok można spaść w przepaść – tu prawie cały czas idzie się jej skrajem, a czasami trzeba jeszcze przepiąć uprząż z mocno oddalonych od siebie lin, jednocześnie nie tracąc uchwytu. Szczęśliwie jest na tyle stromo, że słońce nie daje się nam bardzo we znaki, nikt też nie schodzi w dół i przez to nie zmusza nas do ryzykownej mijanki.

Po kilkudziesięciu minutach wspinaczki wydostajemy się na nieco mniej urwisty teren, mijamy jedną znudzoną kozicę, wspinamy się przez wąskie i strome przejście, kończące się na skraju olbrzymiego urwiska i wreszcie trafiamy na coś, co można w kontekście dotychczasowych przeżyć nazwać płaską jak stół równiną ;) . W praktyce wychodzimy ponad krawędzie północnych ścian Triglava, które jeszcze niedawno oglądaliśmy z samego dołu. Widać stąd spory kawałek Alp Julijskich, dolinę Vrata a także nasz cel – szczytową kopułę Triglava, wyrastającą z ogromnej, pofałdowanej podstawy.

Nasza radość z pokonania ferraty nie trwa długo. Teraz brniemy – mniej lub bardziej pod górę – przez ogromne pola śnieżne. Buty ślizgają się co parę kroków, od śniegu nie czuć żadnego chłodu, za to słońce odbija się idealnie i kompletnie odbiera nam siłę. Staramy się oszczędzać zabrane napoje, bo nie jesteśmy przecież nawet w połowie drogi!

Wreszcie docieramy do rozwidlenia szlaku, skąd prowadzi ścieżka w górę kopuły. Znowu zaczyna się wspinaczka, aczkolwiek nie tak trudna, jak ta z przełęczy Luknja. Szlak prowadzi początkowo na południowy wchód, a następnie zakręca na północ w kierunku samego wierzchołka. Wtedy też widoki są najciekawsze – za naszymi plecami rozpościera się olbrzymi, skalisty obszar pozbawiony zupełnie roślinności, pełen mniejszych szczytów, piargów i płatów zalegającego śniegu.

Chwilę później docieramy na szczyt Triglava… z którego widoki nie są już szczególnie imponujące. Może to zmęczenie, ale wydaje nam się, że okoliczne szczyty są zbyt daleko, żeby można było podziwiać ich urodę. A może atmosferę chwili rujnuje jakiś Słoweniec, który po wejściu zaczyna wyć na cały park narodowy? Tak czy siak, skupiamy się na wchłanianiu puszki kukurydzy z fasolą, która wraz z zalewą smakuje nam wtedy lepiej niż cokolwiek…

Czas goni, więc ruszamy wąską granią w kierunku Małego Triglava (2725 m.). W niektórych miejscach ubezpieczenia raczej przeszkadzają, w innych bardzo się przydają, bo trasa nie należy do łatwych. Osobliwym, napotkanym zjawiskiem jest Słoweniec z dzieckiem, które ma założoną uprząż przypinającą je do rodzica, ale on sam do ubezpieczeń już przypięty nie jest – pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie ściągnie dziecka w przepaść…

Podążamy przez Kredaricę (2514 m.) w kierunku doliny Vrata, kupując colę w schronisku Triglavski dom (błąd, trzeba było kupić dwie!). Cały czas smażymy się w silnym słońcu, szczególnie gdy pokonujemy pola śnieżne. Spotykamy po drodze trochę mniejszych i większych kozic, podziwiamy kolejny skalisty płaskowyż o iście księżycowym wyglądzie, na którego końcu majaczy schronisko Dom Valentina Staniča (2332 m). Nasz szlak prowadzi jednak dalej w cieniu Begunjskiego wierchu, gdzie powoli docieramy do krawędzi masywu Triglava. Jest późne popołudnie, a my jesteśmy przekonani, że już prawie zeszliśmy na dół – niesłusznie :) .

Zaczynamy schodzić stromymi, piarżystymi ścieżkami. Zbocza są w wielu miejscach porośnięte kwitnącą roślinnością, a w popołudniowym słońcu aż chce się zatrzymać na godzinę. Niestety, gdy zauważamy na dnie doliny potok – Trójgłowską Bystrzycę ;) – uświadamiamy sobie jak wysoko wciąż jesteśmy. Ciągle schodzimy szlakiem mocno trawersującym strome zbocze. Tu i ówdzie zdarzają się odcinki ubezpieczone klamrami i linami. Słońce w zasadzie zaczyna chować się za Alpami Julijskimi, a nam z zażenowaniem przygląda się kolejna grupa kozic :) .

Jesteśmy już niedaleko dna doliny, kiedy zaczyna robić się ciemno. Uruchamiamy czołówki i brniemy dalej, tymczasem szlak wywija nam psikusa – zakręca na stałe w kierunku przełęczy Luknja i oddala nas od samochodu! Mija jeszcze mnóstwo czasu, zanim udaje nam się wreszcie zejść na dno doliny. Gdy zdejmujemy z głów kaski i chłodzimy się wodą z potoku, jest już zupełnie ciemno. Dalsza droga to wyłącznie kwestia dominacji siły woli nad siłą mięśni. Parking przy Aljažev dom jest już prawie pusty, więc możemy wczołgać się do samochodu bez świadków i wstydu ;) . Wycieczka zajmuje nam w sumie 14 godzin, co daje średnią prędkość niewiele powyżej 1 km/h.

Po powrocie na kemping czeka na nas jednak bolesne zderzenie z rzeczywistością. Docieramy bowiem jakiś kwadrans po godzinie zamknięcia szlabanu. Dochodzi do srogiej awantury z właścicielem kempingu, który kategorycznie i raczej ordynarnie odmawia nam przejechania 20 metrów do namiotu. Cóż – oceniając fakty na spokojnie trzeba przyznać, że pewnie miał rację: w końcu to jego kraj, jego kemping i jego zasady. Dla nas, dzikusów z Polski, niepojęte jest, że można zamknąć wjazd na kemping po dobranocce. Tu jednak austriaccy emeryci w kamperach najwyraźniej zażywają kontaktu z dziką przyrodą i potrzebują wolnej przestrzeni akustycznej do chrapania. Żenujące jest tylko to, że samochody z pobliskiej drogi robią wielokrotnie więcej hałasu, niż nasz toczący się na wolnych obrotach pojazd.

Zmęczeni i głodni, nosimy nasze rzeczy i jedzenie z parkingu przed kempingiem do namiotu. Następnego dnia opuszczamy to miejsce, o dzień wcześniej, niż planowaliśmy. Może niesłusznie. Przyszłe dni mają pokazać, że na innych kempingach w Słowenii panuje identyczny ordnung, a przy tym są jeszcze droższe.


Dzień 3 – Bled

Z Mojstrany przemieszczamy się do Bledu i rozbijamy namiot na leżącym po zachodniej stronie jeziora Bledzkiego… kempingu Bled. Kemping jest drogi (wychodzi 14 euro od osoby), nie działa na nim obiecany wifi i oczywiście zamykają bramę po 23ciej. Z drugiej strony, jest czysty i wystarczy przejść przez ulicę do plaży, by móc zażyć przyjemnej kąpieli z widokiem na położoną na środku jeziora cerkiew na wyspie. Co można poza tym robić w Bledzie? Ano niewiele, na przykład przejść się ładnym deptakiem na brzegu jeziora. Można tu usłyszeć wiele europejskich języków, ale raczej nie słoweński. Można wypożyczyć łódkę i przepłynąć się do cerkwi na wyspie – nie chce nam się. Można obejrzeć położony na wzgórzu zamek – też nam się nie chce, bo przecież znowu opłata za wstęp, a w środku pewnie nic ponad kupę kamieni połączonych zaprawą ;) . Skupiamy się raczej na szukaniu w miasteczku obiadu i cukierni z rzekomo tradycyjnymi wypiekami słoweńskimi. Jeden z nich to najzwyklejsza w świecie kremówka, tyle że wielkości wystarczającej do zapchania dwóch osób – nie warto pompować nim oponek. Drugi, Prekmurska gibanica, jest już zdecydowanie godne uwagi. Z bułgarską banicą nie ma nic wspólnego, z serbską gibanicą chyba też nie, ale ten wielowarstwowy przekładaniec z makiem, serem, jabłkiem, orzechami (i pewnie czymś jeszcze ;) ) jest zdecydowanie smaczny.

W trakcie zwiedzania Bledu po niebie przetaczają się burzowe chmury – znak, że wczorajsza wyprawa na Triglav była dobrym pomysłem. Z wysoko położonych punktów miasta rozpościerają się widoki zarówno na jezioro i okoliczne wzgórza, jak i na nieodległe szczyty Karawanków, które wizytować będziemy następnego dnia.


Dzień 4 – Golica

Zmęczeni – raczej psychicznie, niż fizycznie ;) – wyprawą na Triglav, postanawiamy pochodzić po czymś, co bardziej przypomina bieszczadzką połoninę, niż zaoraną asteroidami planetę. Wybieramy się więc na Golicę (1836 m.). Niespiesznie dojeżdżamy na Planinę pod Golicą (954 m.) i zostawiwszy samochód na parkingu ruszamy w drogę. Radość nie trwa długo. W pewnym momencie szlak wydaje się prowadzić przez czyjąś posesję, ale na naszej drodze stoi brama, ogrodzenie z elektrycznym pastuchem i ostrzeżenie o złym psie. Na podstawie oznaczeń dochodzimy do wniosku, że dalsza droga musi prowadzić na zachód, niestety na mapach na odbiorniku gps szlaku brakuje. Po kilkunastu minutach przyjemnego spaceru dochodzimy do smutnego wniosku, że nie zyskujemy na wysokości i że droga, którą idziemy, zdecydowanie nie jest drogą na szczyt. Wracamy się więc do bramy z groźnym psem, głodnymi wampirami i zapadnią z kolcami. Pomysłów na trasę nadal brak.

Po dłuższej analizie map na gpsie odkrywamy, że posesję daje się okrążyć drogą biegnącą na początkowo na południe. Nadrabiamy kawał drogi, ale w końcu powracamy na oznakowany szlak, który oczywiście przebiegał przez ogrodzony teren. Słoweńska gościnność? :P Wszystkie drogowskazy (szlak nie jest oznakowany farbą, ale metalowymi tabliczkami z jakimś skrzatem) wyglądają na niedawno zawieszone, więc trudno odnieść wrażenie, że przebieg szlaku nikogo nie interesuje i w międzyczasie został przegrodzony.

Po dłuższym spacerze docieramy do schroniska pod Golicą – w samą porę, bo zaczyna lać deszcz. W środku pożywiamy się naleśnikami. Poza panią zarządzającą schroniskiem jesteśmy jedynymi żywymi w okolicy :) . Kiedy deszcz trochę ustaje, robimy trochę zdjęć i ruszamy na szczyt.

Z Golicy widać całkiem dużo. My na przykład widzimy całkiem dużo burzowych chmur w Alpach Julijskich ;) . Ale oprócz tego uśmiecha się do nas między innymi Triglav, szczyty Karawanków, a po austriackiej stronie – płynąca sobie tędy Drawa. Jest tu też zresztą metalowy talerz, pouczający turystę o tym co i gdzie widać.

Zakończywszy kontemplację krajobrazu ruszamy na zachód granią Karawanków. Otoczenie tylko pozornie przypomina niskie góry – to wciąż Alpy: zbocza są strome i miejscami urwiste, chociaż próbują zamaskować się trawą i kosodrzewiną. Szlak jest bardzo kiepsko oznakowany i co chwilę rozglądamy się i drapiemy w głowy. Po zejściu w zadrzewiony fragment trasy oczywiście się gubimy. Gdy obdarzana przez nas zaufaniem leśna ścieżka nagle kończy się w środku lasu odkrywamy, że zeszliśmy zbyt nisko. Żeby nie wracać się po własnych śladach decydujemy się przedrzeć „na azymut”, zakładając że idąc pod górę przetniemy w końcu szlak. Kosztuje nas to sporo wysiłku, ale rzeczywiście wracamy na trasę. Oznaczeniowe partactwo góry rekompensują nam widokiem zboczy porośniętych rozmaitymi kwiatami.

Po dłuższej przerwie podejmujemy nasz powrót na Planinę pod Golicą. Gubimy się po drodze jeszcze raz i to całkiem poważnie – długo błądzimy w lesie, szukając łagodnego zejścia w kierunku samochodu (to nasz jedyny punkt orientacyjny na nawigacji – szlaku brak). Pozornie krótka i lekka wycieczka zamienia się więc w nie do końca pożądaną zabawę w pathfinding, a my wynosimy z niej cenną lekcję, że współczynnik PKB na obywatela nie determinuje dokładności oznakowania szlaków.


Dzień 5 – Bohinjsko jezero… prawie

Nie dzieje się tu nic ciekawego!

Próbujemy obejrzeć Bohinjsko jezero, ale niewiele nam z tego wychodzi. Całe południowe wybrzeże jeziora jest usiane parkomatami (stoją także przy parkingach w środku lasu), a kwoty które trzeba uiścić są raczej absurdalne. Udaje nam się ostatecznie zaparkować za darmo gdzieś na zachodnim krańcu jeziora (przy jego dopływie) i przejść na krótką wycieczkę północnym brzegiem. Widoki jakoś szczególnie nie powalają – chociaż może jesteśmy znieczuleni dużo ciekawszymi widokami z innych tego typu miejsc w Europie :) .


Dzień 6 – Škofja Loka, Lublana

Ten dzień poświęcamy na oglądanie słoweńskich miast – konkretnie są to Škofja Loka i stolica Słowenii, Lublana. Jednocześnie przeprowadzamy się z kempingu w Bled na kemping w Lublanie (prawie równie drogi, ale o gorszym standardzie).

Škofja Loka jest niewątpliwie ładnym miasteczkiem z zabytkowymi zabudowaniami, ale trudno uznać za uzasadnione wszelkie przewodnikowe ochy i achy.

Ruszamy następnie do Lublany. Mamy tam wykupiony jeszcze w Polsce (jest to możliwe do zrobienia przez Internet) dostęp do rowerów miejskich – wspaniała sprawa, bo nie trzeba wydawać pieniędzy i marnować czasu na komunikację miejską, a przy tym można połączyć zwiedzanie miasta z aktywnością fizyczną. Tu Słoweńcom należy się wielka pochwała, tak powinno być w każdym większym mieście na świecie! :)

Samochód zostawiamy na kempingu położonym na północnych obrzeżach miasta. Czeka nas niestety spory spacer pieszo do pierwszego parkingu rowerowego, na szczęście pełnego rowerów. Same rowery są dość toporne – ich stan jest dobry, ale mają popularne tu i ówdzie opony z pełnej gumy, wiec każdy zjazd z krawężnika kończy się lokalnym trzęsieniem ziemi. Mimo to dotaczamy się do centrum tego niedużego miasta i zwiedzamy piechotą co się da. Zjadamy też obiad w restauracji położonej w ścianie kanału, którym płynie przez centrum rzeka Lublanica. Obiad jest smaczny i niedrogi – w porównaniu do cen w innych lokalach – ale ma jedną wadę. Zamówione przez nas krewetki (w menu stoi jak wół „shrimps”) okazują się głównie smażonymi w cieście chitynowymi szczypczykami jakichś nieszczęsnych krabów, a na próby reklamacji obsługa reaguje zdziwieniem, że jak to, przecież to właśnie było w menu i o co chodzi…

Gdy zachodzi słońce, wybieramy się jeszcze na sporą przejażdżkę rowerową po mieście, obejmującą między innymi park Tivoli w północno-zachodniej części miasta. Od czasu do czasu trzeba tylko zaparkować rowery i odczepić nowe, żeby uniknąć opłat za przejazd. Wracamy w końcu na kemping i następnego dnia rano przemieszczamy się na wybrzeże Adriatyku.


Dzień 7 – wybrzeże Słowenii: Izola

Nasze nowe miejsce zakwaterowania to niejaki kemping Belvedere w okolicy słoweńskiej Izoli. Z Belwederem kemping ma niewiele wspólnego, chyba że poziom głośności awantur – tutejsze świerszcze niemożebnie drą swoje owadzie dzioby, a człowiek ma wrażenie, że znalazł się w dżungli ze stadem wściekłych małp. Do wyboru mamy droższe miejsca między drzewami i tańsze – między oliwkami. Ponieważ drzewa są mocno obłożone i nie ma już w zasadzie miejsc w cieniu, rozkładamy się przy oliwkach. Lato 2013 ma przejść do historii jako jedno z cieplejszych, ale tutaj panują warunki piekielne. Kemping znajduje się na smażonym słońcem wzgórzu, więc w ciągu dnia można kąpać się w morzu, pod prysznicem, albo we własnym pocie, opcji „sucho mi” nie przewidziano. Co gorsza, chwilę po zachodzie słońca powietrze staje się nieznośnie wilgotne. W efekcie mamy tu nieustanną karuzelę wrażeń – od solarium w dzień, poprzez saunę fińską po południu, do parowej w nocy ;) .

Z kempingu do wody prowadzi dość długie (10-20 minut) zejście asfaltową drogą. Można też zjechać samochodem, jeśli ktoś lubi szukanie miejsc na płatnym parkingu. Na dole można wybierać między „plażingiem” na betonowym umocnieniu (jest trochę cienia) lub bardziej odległej plaży (na której cień zapewniają płatne parasole). Woda w morzu jest ciepła jak zupa, więc można w niej siedzieć pół dnia :) .


Dzień 8 – Triest, Piran

Żeby nie ulec przetopieniu do formy ciekłej, wybieramy się na wycieczkę do nieodległego włoskiego Triestu. O przekroczeniu granicy świadczy niewiele zjawisk, bo tabliczki są dwujęzyczne, tylko cena benzyny rośnie z 5 do 7 złotych za litr ;) . W Trieście parkujemy w jakiejś anonimowej uliczce i mamy problem, bo zupełnie nie wiemy czy należy się jakąś opłata za parkowanie, a jeśli tak – to jaka. Ponieważ jest weekend, zakładamy, że albo żadna, albo włoskim kontrolerom nie będzie się chciało sprawdzać kto nie zapłacił ;) . Niepokój mimo to pozostaje, więc zwiedzanie miasta odbywa się w przyspieszonym tempie. Generalnie jest dość pusto, a my nie znajdujemy żadnego wyraźnego centrum, więc chodzimy sobie w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, robiąc trochę zdjęć. Ostatecznie zjadamy wyborną podpłomykową pizzę w restauracji na wybrzeżu, korzystamy też z bytności we Włoszech, kupując to, na czym Włosi się dobrze znają – nie, nie chodzi o sportowe samochody, ani makaron, tylko o lody.

Późnym popołudniem jedziemy do słoweńskiego Piranu – portowego miasteczka z charakterystycznymi wąskimi uliczkami, pełnymi zabytkowych zabudowań. Udaje nam się jakoś zaparkować bez opłat (stety-niestety i tutaj turyści są intensywnie koszeni z pieniędzy), po czym wybieramy się na zwiedzanie miasta. Na wspomnianych wąskich uliczkach można się łatwo pogubić, więc oczywiście robimy kilka kółek na wąskim cyplu, na którym położona jest najciekawsza część miasta, dziwiąc się nieco czemu trafiamy ciągle w to samo miejsce.


Dzień 9 – Jaskinie Szkocjańskie, Kamnik

W Słowenii istnieją co najmniej dwie znane jaskinie: Postojna i Szkocjańska. Po zapoznaniu się z cennikiem oraz zdjęciami z Postojnej, na których to widać głównie ludzi, a samą jaskinię jakby mniej, wybieramy wizytę w tej drugiej. Jej rzeźba i oświetlenie nie dorastają do pięt wizytowanej przez nas kiedyś jaskini w węgierskim Aggtelek, ale jej gabaryty robią ogromne wrażenie. Trasa wycieczkowa prowadzi miedzy innymi przez olbrzymią salę wysokości ładnych kilku pięter, której dnem płynie rzeka Reka.

Po obejrzeniu jaskini jedziemy już bez przerw na północ Słowenii, do miejscowości Kamnik. Tam rozbijamy namiot na kempingu, prawdopodobnie najlepszym z dotychczas odwiedzionych – jest mały, raczej pusty, działa na nim wifi i koszt pobytu mieści się rozsądnych granicach. Spotykamy na miejscu dwójkę krajanów (pozdrawiamy!), z którymi następnego dnia wybieramy się na wycieczkę.


Dzień 10 – Velika Planina

W ramach dalszego kontestowania urwisk, robimy sporą pętelkę po trawiastym płaskowyżu Velika Planina. To w zasadzie spacer po płaskim, bo na płaskowyż daje się dojechać samochodem. Oprócz pasących się krów można tu znaleźć zabytkową, alpejską architekturę pasterską w postaci licznych drewnianych domk… zaaaraz, jeden właśnie buduje się od zera ;) . Teren północnej części Planiny pozwala na podziwianie panoramy szczytów Alp Kamnicko-Sawińskich. Dalsza część trasy biegnie leśną drogą, przy której rosną niesamowite ilości poziomek. Takiej okazji przepuścić nie można – zbieramy co wpadnie nam w oko celem wieczornej konsumpcji wraz z kupionymi w Kamniku lodami.


Dzień 11 – wdrapujemy się na Grintovec

Naszą wizytę w Słowenii podsumowujemy zdobyciem najwyższego szczytu Alp Kamnicko-Sawińskich. Jedziemy z Kamnika wzdłuż Kamnickiej Bystrzycy, a żeby zanadto się nie zmęczyć podjeżdżamy tak wysoko jak się da. W praktyce robimy to raczej nielegalnie, bo żeby dojechać do parkingu oznaczonego na mapie, którą posiadamy, trzeba przejechać obok zakazu wjazdu. Stosujemy się jednak do przysłowia o wronach i krakaniu, bo Słoweńców parkujących w tym miejscu nie brakuje, a my zyskujemy co najmniej 2,5 godziny. Jednak nawet stąd wchodzić trzeba długo – ruszamy z niecałych 900 metrów, a Grintovec ma ich aż 2558.

Trasa jest stroma i początkowo prowadzi przez las, a później przez zarośnięty żlebo-piarg. Docieramy do położonego na przełęczy Kokrsko schroniska Cojzova koča (1793 m.), gdzie robimy krótki odpoczynek. Wchodzimy na szczyt trasą biegnącą od zachodu – jest ładna, ale nie zachwyca.

Zdecydowanie ciekawsze jest zaplanowane przez nas zejście ferratą poprowadzoną na wschód od szczytu. Wprawdzie nie mamy już uprzęży, ale ubezpieczonych i eksponowanych miejsc jest jak na lekarstwo. Po przejściu trudniejszego odcinka wąską granią w kierunku szczytu Skuta, zaczynamy schodzić na południe po skalnym płaskowyżu, który – podobnie jak okolice Triglava – wprowadza turystę w nastrój księżycowy :) . Po prawej mamy coraz wyższe ściany i piargi Grintovca, po lewej – grube i zaokrąglone bloki skalne Skuty.

Zaczynamy schodzić bardziej stromo w dół, pojawiają się pierwsze kępy traw. Wreszcie wychodzimy zza grzbietu, który przesłaniał nam dotychczas okolicę schroniska, do którego wkrótce docieramy, trawersując zbocze wśród rosnącej tu kosodrzewiny. Stąd schodzimy tak, jak weszliśmy i szutrowymi serpentynami wracamy samochodem na kemping.

Karą za nielegalne parkowanie jest przepalenie się obu żarówek w reflektorach następnego dnia – cienkie włókna o podwyższonych zdolnościach świetlnych nie wytrzymały wytrząsania na wyboistej górskiej drodze :) .


Powrót do Polski

Do kraju przodków wracamy okrężną drogą. Najpierw opuszczamy Słowenię przez jej wschodnią granicę, ignorując Maribor (który po wysłuchaniu relacji krajanów – „nic ciekawego” – wypada z harmonogramu zwiedzania). Po drodze jemy niedrogi i smaczny obiad w napotkanej wiejskiej knajpie i tracimy na własne życzenie okazję do kupienia za grosze tłoczonego na miejscu oleju z pestek dyni (w Polsce kosztuje majątek). Na Węgrzech przejeżdżamy przez słynną na cały Internet wieś Nagykutas i zatrzymujemy się na dwa noclegi nad Balatonem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s