Rumunia – część 1 (2012)

28.07.2012 – 12.08.2012

Pewnego razu przyszło nam kupić samochód. Przedmiot dla niektórych będący wyznacznikiem pozycji społecznej dla nas miał przede wszystkim spełniać wymogi o charakterze praktycznym; miał być tani, oszczędny, bezawaryjny i pojemny. Konkurencję wygrała rumuńska marka pod francuskimi skrzydłami.

… a kiedy już mieliśmy rumuński samochód, to jakoś tak wypadało zobaczyć, skąd przyjechał. Rumunia kusiła dodatkowo nieograniczonymi zasobami karpackich szczytów, malowniczymi górskimi drogami asfaltowymi oraz akceptowaną tam na każdym kroku turystyką „na dziko”. Kraj ten oferuje oczywiście znacznie więcej – wszak jest jednym z największych w regionie, a kontrastów krajobrazowych jest tu mnóstwo.

Plan wycieczki był bardzo ambitny – w dwa tygodnie objechać co się da w Rumunii, w tym schodzić trochę gór i dojechać nad Morze Czarne. W praktyce skończyło się to oczywiście cierpliwym ugniataniem foteli w samochodzie, ale wrażenia były warte poświęceń.

Dojazd do Rumunii

Jak dojechać do Rumunii? Daleko nie jest. Ze stolicy do przejścia granicznego w okolicach Satu Mare niecałe 700km, dla mieszkańców południa jeszcze mniej – bliżej niż nad Bałtyk :) . My chcemy jednak zajechać trochę głębiej, więc robimy postój w dogodnie położonym na trasie węgierskim Tokaju.


Dzień 1 – Wesoły Cmentarz, Sychot Marmaroski, Przełęcz Prislop

Z Tokaju ruszamy w kierunku rumuńskiej granicy z zamiarem dotarcia aż na przełęcz Prislop, oddzielającą Karpaty Marmaroskie od Gór Rodniańskich. Bezproblemowo przekraczamy przejście graniczne i na stacji benzynowej nabywamy obowiązkową dla samochodów osobowych winietę. Na dzień dobry wita nas powszechny problem Rumunii, Słowacji czy Węgier, czyli przybysz z planety Panda („Pan da cukierka, Pan da na chleb, Pan da to tamto owamto”), strategicznie przyczajony na zatrzymujących się po winietę podróżnych.

W Satu Mare skręcamy w drogę wiodącą na północ, mając za pierwszy punkt wycieczki słynny Wesoły Cmentarz w Săpânța (wpisany zresztą na listę UNESCO). O cmentarzu przeczytać można wiele, ale przede wszystkim trzeba go zobaczyć. Można wtedy stwierdzić trzy zasadnicze fakty. Po pierwsze, humor cmentarza bywa dość czarny. Po drugie – malowidła na niektórych nagrobkach są zupełnie absurdalne. Po trzecie – olbrzymia część nagrobków sprawia wrażenie, że stworzono je na potrzeby turystyki; samo zwiedzanie jest zresztą płatne. Tak czy inaczej – warto. Przed bramami cmentarza stoi wiele stolikowych sprzedawców z mniej lub bardziej tradycyjnymi dla regionu wyrobami, ciężko natomiast jest znaleźć w okolicy sensowny lokal, w którym dałoby się zjeść obiad – my zjedliśmy kiełbaski mici – czyli rumuńską odmianę ćevapi, zwaną także mititei – w niezbyt luksusowym barze ;) .

Obejrzawszy co się da (a wszystkie nagrobki trudno obejrzeć w skończonym czasie) ruszamy dalej przez rumuński Marmarosz aby zatrzymać się na poobiedni deser w Syhocie Marmaroskim (Sighetu Marmației). Jak w większości transylwańskich miast i wsi, urok zabytkowych i bogatych zabudowań jest wprawdzie mocno wytarty dziesięcioleciami komunizmu, ale na szczęście przetrwał do dziś.

Popołudniowe słońce schodzi coraz niżej, a do przełęczy jeszcze kawał drogi – jak się okazuje, drogi zupełnie bezlitosnej. Marmaroskie wsie (a co za tym idzie – ograniczenia prędkości) ciągną się dziesiątkami kilometrów, a droga w wielu miejscach jest remontowana. Mijanie niezliczonych domów umila nam fakt, że niektóre z nich to prawdziwe perełki – czasem drewniane, czasem zdobione kafelkowymi mozaikami. Wraz zachodzącym słońcem na ławeczki przed domami wylegają setki mieszkańców, w tym ubrane w czarne chusty babinki, co przy absurdalnych długościach wsi stwarza wrażenie podróży przez nieco inny świat.

Późnym wieczorem udaje nam się dotrzeć na przełęcz. Ciemno i głucho wszędzie, więc rozbijamy namiot na pierwszym wolnym kawałku trawy, mając nadzieje, że rano nie rozjedzie nas czołg, albo nie zje stado zeźlonych psów należących do właściciela gruntu. Daleko na północy nad Górami Marmaroskimi przechodzi burza, która oczywiście w środku nocy zaczyna strzelać wokół nas. Wobec tego zagrożenia zamieniamy jakieś pół godziny snu na pobyt w najbliższej klatce Faradaya – naszym samochodzie.


Dzień 2 i 3 – Transylwania, Sighișoara

O poranku pogoda jest raczej chmurna. Po krótkim zwiedzaniu okolicy ruszamy w dalszą drogę – na wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja, ale pierwsze kilkanaście kilometrów z całą pewnością o tym nie świadczy. Droga jest fatalna – nie dlatego, że nie ma na niej asfaltu, bo jest, ale poprzecinany nieskończoną liczbą dziur, spośród których wiele grozi kilkugodzinnym postojem. Wyprzedzają nas co jakiś czas ciężarówki, przetaczające się swoimi wielkimi kołami ponad wyrwami w jezdni; poza nimi, innych użytkowników drogi w zasadzie nie ma.

Z drugiej strony, po stoczeniu się w dół najgorszym odcinkiem drogi, przejazd dolinami staje się niesamowicie malowniczy. Jesteśmy po drugiej stronie gór i łatwo zauważyć kulturową zmianę – wiejskie domy ozdabiane są raczej kolorowymi wzorami na białych tynkach, niż kolorowymi tynkami i kaflami.

W dalszej drodze do Sighișoary karuzela doznań wzrokowych nie próbuje się wcale zatrzymywać. Wąskie górskie drogi wraz ze względnym wypłaszczaniem się terenu stają się nieco szersze. Często mijamy przydrożne cygańskie targowiska pełne cynowanych garnków, patelni i innych metalowych wyrobów. Wśród wzgórz i pagórków Transylwanii stoją wsie i miasteczka pełne krytych dachówką domów o kolorowych tynkach, nad którymi górują ślady historii Siedmiogrodu – liczne kościoły warowne, oznaczone powtarzającymi się w nieskończoność tabliczkami biserica evanghelică fortificată.

Późnym popołudniem docieramy do Sighișoary, zwanej różnie w różnych językach, w tym ponoć również „Segieszowem”. Kwaterujemy się na dogodnie położonym kempingu zaopatrzonym w darmowy basen. Przyjeżdżamy niestety za późno, żeby załapać się na ostatnie miejsce kempingowe i zostaje nam (oraz sporej rodzinie Polaków, którzy przyjechali równolegle z nami) przydzielone miejsce na boisku do piłki nożnej ;) . Łapiemy czym prędzej obiadokolację w sympatycznie położonej restauracji na skraju starówki i już po zapadnięciu zmroku zwiedzamy spory fragment starego miasta.

Następnego dnia zwiedzamy pieszo Sighișoarę – przede wszystkim całą starówkę, włączając w to wizytę na wymagającym wdrapania się po długich schodach wzgórzu. Urok starówki – mimo stanu pozostawiającego wiele do życzenia – jest niewątpliwy, w przeciwieństwie do wielu przereklamowanych europejskich miasteczek, a Sighișoara jest z całą pewnością transylwańskim must see ;) . W trakcie spacerów można poprawić swój bilans energetyczny – na przykład rumuńskimi plackami sprzedawanymi „do ręki”, lodami czy naleśnikami. Obiad w jednej z położonych na obrzeżach starówki restauracji pozwala nam stanąć pierwszy raz oko w oko z mamaligutą – czyli mamałygą, drobną kaszką kukurydzianą, którą Rumuni podają równie często i różnorodnie, jak my ziemniaki – jako dodatek do mięs ale również jako osobne danie z kwaśną śmietaną, jajkiem i tartym słonym serem. Albo jako danie z grilla.

Ze starówki schodzimy na zachodnią stronę i kierujemy się okrężną drogą z powrotem na kemping. Po drodze odwiedzamy miejski targ, na którym zaopatrujemy się w melony, warzywa oraz lokalnie wytwarzane sery. Tego samego dnia odwiedzamy jeszcze hipermarket na wschodnim skraju miasteczka.


Dzień 4 – Trasa transfogaraska, Bâlea lac

Rankiem opuszczamy Sighișoarę i lokalnymi drogami przebijamy się w kierunku szosy nr 1, omijającej od północy Góry Fogaraskie. Jazda lokalnymi drogami w Rumunii to zawsze ruletka – mogą być przejezdne, mogą zawierać asfalt albo… nie. Mogą też zawierać pocztówkowe widoki, stada krów czy owiec pędzone środkiem, remonty, smaczne wypieki z lokalnych cukierni i oczywiście znaki biserica evanghelică fortificată – tak właśnie jest w tym przypadku. Po przebiciu się do „jedynki” pozostaje nam tylko dojechać do drogi DN7C, czyli słynnej szosy transfogaraskiej. Pomijając raczej nieciekawą historię jej powstania – podobną, jak w przypadku wielu innych cudów „Geniusza Karpat” – trzeba przyznać, że pozwala ona w bardzo krótkim czasie osiągnąć wysokość ponad 2000 m. , kontemplować wysokogórskie widoki przy obiedzie, jak też w najprostszy sposób osiągnąć główną grań Fogaraszy. I ta ostatnia możliwość jest naszą główną motywacją – planujemy bowiem spędzić tu co najmniej dwie noce.

„Transfogaraska” rozpoczyna się dziesięciokilometrowym dojazdem do dość gwałtownie wyrastających z płaskiej jak stół okolicy tutejszych Karpat. Mimo to jej początkowe odcinki chytrze wgryzają się w pierwsze pagórki i lasy i tylko silnik pracuje coraz to jakby głośniej. Pniemy się stromymi serpentynami przez porastające zbocza lasy, mijając liczne miejsca postojowe, ochoczo wykorzystywane przez spragnionych grillowania i biwakowania Rumunów. Po wielokrotnym przekręceniu kierownicy w obie strony dojeżdżamy do wodospadu Bâlea (Bâlea Cascada), gdzie znajduje się trochę zabudowań, w tym „schronisko” (schroniska przy trasie transfogaraskiej należy uznać raczej za hotele…). Na kolejnych kilku kilometrach droga robi dwa zwroty o 180 stopni i prowadzi prostszymi odcinkami, powoli wynurzającymi się z lasu i chronionymi tu i ówdzie tunelami.

W pewnym momencie musimy się prawie zupełnie się zatrzymać, żeby przepchnąć się przez pędzone w górę drogi stado owiec. Staramy się przejechać bezkolizyjnie, ale pasterz, sfrustrowany przejeżdżającymi wcześniej turystami, robiącymi zdjęcia zwierzętom zamiast jechać, raczej niewybrednie dopytuje się po angielsku, czy jesteśmy zdrowi psychicznie ;) .

Droga wynosi nas wreszcie ponad wodospad Bâlea i jednocześnie ostatecznie opuszcza piętro lasów. Od tej pory można spodziewać się licznych (i zazwyczaj nielegalnych z punktów widzenia przepisów drogowych) miejsc postojowych, pozwalających na obejrzenie i obfotografowanie skalistej okolicy. Pniemy się coraz wyżej i wyżej, a na ostatnich kilometrach droga wspina się w górę po mostach i betonowych umocnieniach. Trochę niespodziewanie osiągamy najwyższy punkt trasy, zaraz przed wjazdem do tunelu przebijającego grań Fogaraszy. Oprócz jeziora Bâlea (Bâlea lac) są tu dwa „schroniska”, siedziba rumuńskich służb górskich (Salvamont), płatny parking i cała masa straganów z jedzeniem (sery, mamałyga i inne przysmaki , wycenione raczej „turystycznie”) i tandetą rodem z nadmorskich kurortów ;) . Liczymy na rozbicie namiotu w tej okolicy, ale okazuje się, że w większości dogodnych miejsc stoją tabliczki zakazujące obozowania (których jeszcze rok wcześniej nie było). Ostatecznie zjeżdżamy kilka zakrętów w dół i rozbijamy obozowisko niedaleko drogi, w okolicy pasterskiej chatki i w towarzystwie innych namiotów, a nawet wtoczonych tu kamperów.


Dzień 5 – Fogarasze: Negoiu

Trasa na Negoiu (openmaps.eu)

Fogarasze to jeden z ostatnich odcinków łuku Karpat, a ich główna grań długości kilkudziesięciu kilometrów przebiega idealnie ze wschodu na zachód, co czyni ją popularnym celem kilkudniowych wycieczek. Z naszej pozycji startowej nad Bâlea lac można więc pójść w zasadzie tylko w dwie strony – przynajmniej jeśli ktoś chce zdobywać górskie szczyty. Idąc na wschód, można dotrzeć do najwyższego szczytu Rumunii, Moldoveanu (2544 m.), ale to zbyt długa wycieczka (ok. 13 kilometrów w jedną stronę), żeby na spokojnie wrócić tego samego dnia do namiotu. Dlatego decydujemy się na wariant zachodni i zdobycie drugiego szczytu Rumunii – Negoiu (2535 m.), co będzie od nas wymagało przejścia w sumie 12-14 kilometrów. Dzięki znacznej wysokości startowej przewidywany wysiłek nie powinien być duży, ale trasa okazuje się ostatecznie męcząca ze względu na liczne zmiany wysokości, wysoką temperaturę, zbyt mały zapas wody i – w moim przypadku – brak okrycia głowy od słońca…

Po wdrapaniu się znad jeziora Bâlea na główną grań Fogaraszy rozpoczyna się nasza – dość mozolna, ale efektowna widokowo deptanina, raz chyba tylko przerwana ubezpieczonym linami odcinkiem, która trwa aż do osiągnięcia brzegu jeziora Călțun. Tutaj szlak rozgałęzia się i oferuje dwie możliwości dojścia na Negoiu – słynnym żlebem Drakuli (Strunga Dracului) lub prowadzącym na około żlebem… hmm, „żlebem Pani” (strunga Doamnei)? Chociaż Fogarasze są wyższe niż polskie Tatry Wysokie, krajobrazowo i pod względem rzeźby znacznie bliżej im do Tatr Zachodnich, dlatego chcąc zaznać odrobiny emocji wybieramy żleb Drakuli – prawdopodobnie jedyne niebezpieczne miejsce w tych górach, przynajmniej w obrębie szlaków turystycznych. Jest tylko jeden problem – żleb jest po przejściach (a konkretnie: po zejściu lawiny), szlak zamknięty, a ubezpieczenia pozrywane. Mimo to, po oszacowaniu przewidywanego terminu powrotu w Fogarasze (na świętego nigdy) decydujemy, że jakoś przejdziemy, a kozie raz śmierć (w szczególności zaś górskiej kozicy).

W normalnych warunkach żleb Drakuli nie powinien zrobić najmniejszego wrażenia na kimkolwiek zaznajomionym z Orlą Percią lub podobnymi szlakami wysokogórskimi. Nasza sytuacja jest nieco bardziej nerwowa, bo wspinamy się po dość chybotliwym nagromadzeniu skał różnych wielkości, a uciekające co jakiś czas spod nóg kamyczki wydają nieprzyjemne odgłosy w stylu „PAC-Pac-pac…”, sugerujące jakąś większą katastrofę. Poruszamy się ostrożnie, szczególnie że w wielu miejscach łańcuchy są kompletnie pozrywane. W końcu udaje nam się wejść na grań i odetchnąć z ulgą – chyba niepotrzebnie, bo w drodze powrotnej napotkamy grupkę turystów dziarsko i swawolnie zeskakującą po kamyczkach w dół żlebu, bez najmniejszych obaw o stabilność rumowiska.

By dotrzeć na szczyt pozostaje nam już tylko wspiąć się kilkadziesiąt metrów łatwym podejściem, które jednak ze względu na stres i zmęczenie nie przynosi specjalnej ulgi. Widoki? Trudno powiedzieć, żeby były istotnie różne od tego, co cały czas można obserwować w trakcie podróży granią. Nie jest to jednak powód do narzekania – widać stąd znaczną część wąskiego pasma Fogaraszy, zaporowe jezioro Vidraru, a w oddali – pola uprawne w Kotlinie Fogaraskiej. Szkoda, że letnia pora i typowe dla niej słabo przejrzyste powietrze utrudniają oddanie tych widoków na zdjęciach.

Po dłuższym odpoczynku pozostaje nam wrócić do namiotu. Podobno powroty trwają krócej, ale my tego zdecydowanie nie doświadczamy. Stoimy cienko z piciem i jedzeniem, przygrzewające w głowę słońce grozi rozpęcznieniem głów na podobieństwo popcornu, a do pokonania jest trasa pełna wzlotów i upadków. Żeby zupełnie nie wracać się po swoich śladach oraz nie kusić Drakuli, wybieramy wariant trasy przez strunga Doamnei. Jest dużo prościej, chociaż i tu zdarzają się jakieś resztkowe ubezpieczenia. Po zejściu do jeziora Călțun po raz ostatni przyglądamy się skalisto-piarżystej okolicy i jej mieszkańcom i w ciągu niespełna 3 godzin dowlekamy się nad jezioro Bâlea.


Dzień 6 – Fogarasze: Vânătoarea lui Buteanu

O poranku nachodzi nas policja. No, w zasadzie jeden rumuński policjant, pukający w namiot. Sugeruje, że nie wolno obozować w miejscu naszego obozowania i że powinniśmy się wynieść następnego dnia. Będący jednym z naszych sąsiadów Rumun puka się natomiast w czoło, tłumacząc ze śmiechem po angielsku innemu sąsiadowi – włoskiemu motocykliście – czego rzeczony policjant chciał. Cóż, my i tak planowo wynosimy się następnego dnia, a pana policjanta spotykamy później jeszcze raz – na poziomie schronisk, gdy razem z kolegą chodzą i pukają w rozbite w tamtej okolicy namioty ;) .

W związku z zarejestrowaniem negatywnych efektów wycieczki górskiej dnia poprzedniego na naszą wydolność ruchową zaczynamy dzień od przejażdżki samochodem na drugą stronę tunelu i obejrzeniem górnego odcinka południowej części trasy transfogaraskiej. W tunelu, z uwagi na jego lekko cieknący stan i mizerne oświetlenie, jest dość straszno – i dobrze, bo nie jest nudny ;) . Po południowej stronie krajobraz jest zupełnie inny, a droga prowadzi większymi zakosami i jest poprowadzona bardziej naturalnie.

Nacieszywszy oczy widokami, wracamy do namiotu i decydujemy się ruszyć na krótką wycieczkę górską. A jest co zdobywać, bo nad Bâlea lac góruje jeden z najwyższych szczytów Rumunii – Vânătoarea lui Buteanu (2507 m), od którego dzieli nas raptem kilkaset metrów wspinaczki i dwa kilometry szlaku. Wejście nie stanowi żadnej trudności (a raczej nie stanowiłoby, gdyby nie mój ogólny opłakany stan), za wyjątkiem ostatnich kilkudziesięciu metrów, kiedy to konieczne jest pokonanie skalnego progu w warunkach sporej ekspozycji, w czym nie pomagają żadne ubezpieczenia. My ostatecznie zdobywamy szczyt, ale widzimy wycieczkę, która wycofuje się, zniechęcona tą trudnością. Widoki i osiągnięta wysokość (to przecież więcej, niż Rysy! ;) ) wynagradzają z zapasem minimalny trud włożony w dotarcie tutaj z Bâlea lac.

Wartym odnotowania punktem, położonym mniej więcej w połowie trasy, jest jezioro Capra, nad którym spędzamy chwilę, by przeczekać zadyszkę ;) . To kolejny powód, aby odbyć tą krótką, ale bardzo urozmaiconą wycieczkę.


Dzień 7 – Wyjazd z Fogaraszy, Bukareszt

Góry górami, a tymczasem czas obejrzeć Rumunię przyziemną. Ruszamy więc w stronę Morza Czarnego, planując po drodze obejrzeć Bukareszt. Zebrawszy obozowisko i ruszamy powoli „Transfogaraską”, która po południowej stronie wytraca wysokość jakby łagodniej, bez końca wijąc się po lasach wzdłuż brzegów rzeki Argeș, a później nad brzegami jeziora Vidraru.

Zatrzymujemy się na postój obok tamy, którą należy na pewno zaliczyć w poczet obowiązkowych punktów postoju na trasie. Po pierwsze można tu podziwiać Fogarasze nieomalże pochylające się nad wodami jeziora Vidraru. Po drugie – dla chętnych – nieopodal stoi prawdziwy zamek Włada Palownika (Drakulą zwanego), prawdopodobnie dużo ciekawszy od turystycznej fałszywki w Bran. Prawdopodobnie, ponieważ odpuściliśmy sobie zwiedzanie ze względu na napięty harmonogram.

Po krótkim postoju ruszamy znowu w drogę z nurtem Argeș i tym razem zatrzymujemy się dopiero w fabryce Dacii w Mioveni, niedaleko Pitești – liczymy chociaż na pamiątkowy breloczek z logiem Dacii dla wytrwałych podróżnych, ale nie miewają tu chyba wielu gości, więc kończy się na pamiątkowej fotce pod bramą zakładu ;) . Z Mioveni przedostajemy się na autostradę do Bukaresztu i po dotarciu na kemping atakujemy centrum miasta. Wprawdzie ostatnie chwile słonecznego światła tracimy na zjedzenie obiadu (który jest dobry, acz podany w tempie ekstra slow food), ale szybkie wieczorne zwiedzanie ma również swoje uroki. Dużo się dzieje, sporo się świeci, a w starówkowej części tłumy ludzi są wręcz przytłaczające.

Kilkugodzinny pobyt w centrum Bukaresztu w zupełności nam wystarcza, zabieramy się wiec samochodem na dość paskudny kemping na przedmieściach, na którym rozbiliśmy wcześniej namiot. Następnego dnia czeka nas podróż na rumuńskie wybrzeże.


Dzień 8, 9 – Morze Czarne

Nasz pierwszy pomysł na pobyt nad Morzem Czarnym to wizyta w delcie Dunaju – niestety koncepcja ta upada w związku z ograniczeniami czasowymi naszego urlopu. Kolejny pomysł to mała miejscowość na drugim krańcu wybrzeża, przy granicy Bułgarią – Vama Veche. Po wysłuchaniu i przeczytaniu licznych ostrzeżeń o rzekomej brzydocie Konstancy oraz tłumach w innych nadmorskich miejscowościach, obietnica spokojnej wioski nad morzem jest więcej niż atrakcyjna. Po raz kolejny jednak nadzieja okazuje się matką głupców. Vama Veche to spokojna przygraniczna wioska – ale nie w sezonie. Gdy tu docieramy, trwa rockowy festiwal, uliczki wypełnione są tłumem ludzi, a plaża pokryta namiotami. Mówiąc szczerze, w okolicy jest dość obleśnie, a znalezione w pobliżu domki do wynajęcia są wewnątrz tak parszywe, że konkurują wyłącznie z opcją spania na ulicy.

Zawracamy w przyspieszonym tempie w kierunku Konstancy i zatrzymujemy się na kempingu Elodie w miejscowości Jupiter, położonej w szeregu obok kilku innych kurortów o równie głupich nazwach – są tu różne Olimpy, Neptuny i inne Alfa Centaury ;) .

Okolica jest dość… swojska. Ot, tu i ówdzie budki z lodami, rozwrzeszczane dzieci, „indiański” zespół, czy wreszcie jeżdżąca reklama jakiejś atrakcji cyrkopochodnej, nadająca przez cały dzień o możliwości ujrzenia crocodili i pelicani. Ale w żadnym wypadku nie jest to kurort na miarę śródziemnomorskich potworków z innej rzeczywistości, zbudowanych według planu: rząd hoteli – ulica – rząd leżaków. Plaża jest darmowa, piaszczysta, szeroka i zaopatrywana przez pewną liczbę budek z naleśnikami oraz innym „doręcznym” jedzeniem i chociaż krajobraz niespecjalnie przypomina nadbałtyckie lasy iglaste, to dość łatwo przejść się po nieco mniej zaludnionych okolicach.

Sam kemping jest mocno obstawiony i można na nim zaobserwować typowe dla Rumunii kontrasty – bo z jednej strony jest tu wi-fi i recepcja kontrolująca ruch samochodów, a z drugiej – toalety połowicznie „europejskie” a połowicznie „w stylu wschodnim”, niestety również nieco pod względem zapachu.

Tak czy tak, zostajemy tutaj na dwie noce, żeby odpocząć trochę od jeżdżenia samochodem i skorzystać z morskiej wody, która nie wyłącza krążenia podskórnego.


ciąg dalszy w części II :
https://travelauts.wordpress.com/2014/12/30/rumunia-2012-2/

Reklamy

Jedna myśl nt. „Rumunia – część 1 (2012)

  1. Pingback: Rumunia – Bułgaria – Grecja. Część 1 – Rumunia | travelauts

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s