Rumunia – Bułgaria – Grecja. Część 1 – Rumunia

20.07.2014 – 09.08.2014 „Jak długo jedzie się z Mazowsza do Rumunii? No, w sumie nie tak długo. Ot, wsiada się w samochód, jedzie się na Węgry zanocować i następnego dnia można być już u stóp Fogaraszy. Ale ten plan wakacyjny odpada – bo ile można w te Karpaty… A może by tak Bułgaria? Bułgaria jest tak daleko… ale w sumie z Rumunii to już tylko kawałek. W Bułgarii są wysokie góry, w Bułgarii są Wichren i Musała, w Bułgarii jest bułgarskie wino i kuchnia, w Buł… zaraz. Koło Bułgarii jest Grecja, a przecież w Grecji jest Olimp. Hm! A kiedy nadarzy się druga okazja żeby być tak blisko Grecji, jeśli nie podczas wakacji w Bułgarii? :) „ Ten właśnie tok rozumowania napędził plan naszej wakacyjnej wycieczki w roku 2014. Stanęło na rodzinnym wyjeździe motocyklowo-samochodowym do Rumunii, skąd dwuosobowa ekipa samochodowa ewakuowała się w kierunku Bułgarii, a następnie Grecji. W planach najwyższe i jedne z najwyższych szczytów górskich tych trzech krajów (Parângul Mare, Vihren, Mytikas i Smolikas), przejazd rumuńską Transalpiną, moczenie stóp w Morzu Egejskim (Jońskie wypadło z braku czasu) i zwiedzanie jakichś ciekawych greckich ruin :) .

Dzień 1

Ruszamy samochodem dzień później, niż motocykle i spotykamy się na kempingu w Tokaju, czyli w najlepszym europejskim punkcie tranzytowym ;) . Nie dzieje się tu nic ciekawego, poza tym że jest ciepło i wokół rosną winogrona.

Dzień 2 – węgierski kemping w Rimetei

Ruszamy do Rumunii! Słońce grzeje! Stoimy w korku na Węgrzech! I wjeżdżamy do Rumunii krajoznawczym przejściem granicznym (prawdopodobnie w okolicach Săcueni), zamiast jak ludzie przejechać przejściem w okolicach Oradei. Efekt? Rozpaczliwie próbując dotrzeć w okolice Zalău (do jakiekolwiek głównej drogi), przebijamy się jednymi z najgorszych dróg w Rumunii, składającymi się z nierównego, podziurawionego asfaltu i jeszcze bardziej nierównej kostki, poukładanej prawdopodobnie jeszcze przez migrujące plemiona indoeuropejskie. Co gorsza, stan dróg wydaje się nieprzypadkowy – mijane wsie zamieszkiwane są w dużej mierze przez Cyganów, którzy wyglądają jakby koniec z końcem wiązali głównie przy okazji złapania przypadkowych podróżnych i sprzedaży ich nerek. A mogliby wykazać się przedsiębiorczością i wykorzystać posiadany, cenny dobytek w postaci samochodów marki Dacia (tyle że jeszcze z czasów potopu szwedzkiego) do otwarcia muzeum klasycznej motoryzacji. Oprócz tego jest tu chyba największe zagęszczenie przybytków oznakowanych „vulcanizare”, co wskazuje, że tutejsze pojazdy też nie radzą sobie w ciężkich warunkach drogowych. W tym kontekście obowiązkowa winieta za poruszanie się po Rumunii samochodem osobowym boli podwójnie :) . Po wydostaniu się z tego kotła pozostaje niestety jeszcze spory kawałek drogi do przejechania. Chcemy dostać się na węgierski kemping w okolicach starej górniczej osady Rimetea, niegdyś bogatej, gdy eksploatowane były zlokalizowane w okolicy złoża złota. Po zachodzie słońca wjeżdżamy na krótki odcinek rumuńskiej autostrady A3 i w okolicach Turdy zjeżdżamy na drogę DN 75, a z niej skręcamy w ostatni odcinek doprowadzający nas na kemping. Odcinek – w ramach pożegnania z dniem pełnym wrażeń – mocno dziurawy.

Dzień 3 – Nocleg przy trasie transfogaraskiej

Ruszamy z Rimetei na południe na ponowny (dla nas) podbój Fogaraszy samochodem. Trasa początkowo wiedzie niekończącą się, raz szeroką, a raz wąską doliną. Asfalt jest czasami bardzo dobrej jakości, czasami jest trochę dziurawo, ale z całą pewnością nie można narzekać na widoki. Po dłuższej jeździe drogą przez Sebeș i Sybin docieramy do skrzyżowania z najsłynniejszą drogą Rumunii, DN7C. Pogoda nie jest rewelacyjna, dokładnie tak jak dwa lata wcześniej (relacja tutaj!) . W zasadzie chmur jest nawet więcej. W najwyższym punkcie, Balea Lac, ta obserwacja potwierdza się w stu procentach, ponieważ zaczyna lać okrutne deszczysko, które przeczekujemy w restauracji. Po posileniu się niezbyt wyszukaną kuchnią „schronisk” przejeżdżamy na drugą stronę tunelu i zaklepujemy miejsce na namioty. Z uwagi na kiepską pogodę, niskie temperatury i brak wolnych miejsc na namiot zjeżdżamy w okolice Cabana Capra, gdzie udaje nam się wypatrzeć przytulne wypłaszczenie położone… na sklepieniu tunelu, przez który w tym miejscu przechodzi droga. W okolicy udaje się nazbierać trochę drewna i rozpalić ognisko, będące – jak ma się później okazać – ostatnim źródłem ciepła w nadchodzących dniach.

Dzień 4 – Powódź. Transalpina. Nocleg nad Petroșani.

Rano pada deszcz. Próbujemy go przeczekać i pozornie się udaje. Opad ustaje na tyle, żebyśmy zdążyli spakować w miarę suche namioty i zjeść śniadanie, ale gdy ruszamy, nad granią Fogaraszy zaczynają się kotłować chmury. Po kilkunastu kilometrach ulewa nas dopada: początkowo to tylko mocny deszcz, ale w okolicach tamy na jeziorze Vidraru mamy do czynienia z regularnym oberwaniem chmury i burzą z piorunami. Ponieważ nasza wycieczka składa się z samochodu i motocykli, a nie jachtu i skuterów wodnych, próbujemy przeczekać ulewę w restauracji w okolicach zamku Poienari i znowu pozornie się udaje. Pada momentami jakby słabiej, ale kilka kilometrów dalej ulewa wraca i to nie na żarty. Kiedy dojeżdżamy do pierwszych zabudowań znajdujących się poza regionem górskim napotykamy obraz nieomalże katastroficzny. Na transfogaraskiej stoją kałuże głębokie do kostek i długie na kilkadziesiąt metrów, czasami przyjmujące formę przepływających strumieni. Rzeka Argeș, wzdłuż której się poruszamy, wygląda jakby powiększyła swoje koryto kilkukrotnie. W jednym z przydrożnych rowów leży dachem do ziemi dostawczak firmy kurierskiej. I tak dalej. Po wyjechaniu z Fogaraszy mamy do pokonania jeszcze całkiem długą podróż, ale pogoda nie zamierza nam tego ułatwić. W Curtea de Argeș skręcamy do Râmnicu Vâlcea, gdzie napotykamy sytuację z grubsza powodziową – chociaż w międzyczasie przestaje padać, główna droga w kierunku zachodnim jest zalana. Na szczęście udaje się znaleźć objazd i w poprawiającej się aurze dojechać do drogi 67C, czyli słynnej Transalpiny, prowadzącej przez wysokie rejony gór Parâng. Transaplina do niedawna była drogą gruntową, obecnie jest gładką jak tafla lodu drogą asfaltową… która sprawia wrażenie, jakby zabrakło pieniędzy na jej wykończenie. Zaczyna się dość niewinnie, snując się po wsiach i udając, że wspina się w górę masywu Parang. Nagle zaczynają się jednak ostre serpentyny, dzięki którym szybko nabieramy wysokości. Szare chmury na niebie psują trochę odbiór krajobrazu, podobnie zresztą jak i sama Transalpina, która w wielu miejscach wydaje się zrobiona zupełnie „na odwal się” – pobocza są rozkopane i pełne gruzów, tu i ówdzie trzeba się zatrzymać z powodu niewytłumaczalnych przerw w asfalcie, brakuje też jakichkolwiek zabezpieczeń przy co bardziej urwistych stokach. Przez dłuższy czas poruszamy się w miarę płaskim, choć górskim (ok. 1600m n.p.m.) fragmentem trasy, wzdłuż którego ciągną się zabudowania turystycznej miejscowości Rânca. Na koniec Transalpina wspina się powyżej 2000m. Robimy krótki przystanek na raczej opustoszałym punkcie handlowo-widokowym i wobec nieprzyjemnego zimna uciekamy na północną stronę gór. Transaplina od strony północnej wydaje się, podobnie jak Transfogaraska, dużo bardziej stroma i kręta. Czar świeżego asfaltu pryska na skrzyżowaniu z drogą 7A. Skręcamy na zachód, w kierunku miasta Petroszany, prosto w objęcia przerażającej mieszanki asfaltu, kamieni, piachu, żwiru i dziur – drogi tak fatalnej, że uznanie jej za drogę krajową jest równe uhonorowaniu małpy nagrodą Nobla w dziedzinie fizyki. Po kilkunastu minutach w nawierzchni zaczyna rosnąć zawartość składnika asfaltowego, a my w ostatnich promieniach słońca zanurzamy się w bardzo wąski kanion, w którym poprowadzono drogę. Opuściwszy na dobre góry, kilkanaście kilometrów przed Petroșani skręcamy w lewo w drogę 709F, prowadzącą z powrotem w góry Parang. Ta droga doprowadza nas do wcześniej zarezerwowanej kwatery, w której zostaniemy na dwa noclegi. Nasze domostwo mieści się – razem z innymi okolicznymi pensjonatami – w zasadzie na końcu asfaltowej drogi, prowadzącej do nieczynnych lub mocno zaniedbanych wyciągów narciarskich.

Dzień 5 – Główna grań gór Parâng i Parângul Mare (2519 m) .

Korzystając ze wsparcia motocyklowej części wycieczki, ulegamy wywiezieniu samochodem na Transalpinę, skąd mamy w planach pokonać 30-kilometrową trasę przez góry Parang, obejmującą także ich najwyższy szczyt, Parangul Mare. Wycieczka obejmuje znaczną część tych gór i wiedzie przez dłuższy czas granią. Ze względu na start z wysokości ponad 2000 m przez pierwsze 20km idzie się bardzo przyjemnie… ale nie do końca. Zupełnie nie dopisuje nam pogoda i 90% czasu spędzamy idąc przez zimną, skutecznie zakrywająca wszelkie widoki chmurę. Od czasu do czasu przez chmury przebijają się okoliczne doliny i szczyty, co tylko pogarsza sprawę, bo wyobraźnia podpowiada jak wiele tracimy. Musimy dość często posiłkować się nawigacją, gdyż widoczność nie przekracza kilkudziesięciu metrów. Dwa razy napotykamy owce i psy pasterskie, na szczęście w obydwu przypadkach nie dochodzi do żadnych konfrontacji (z psami, owiec raczej się nie boimy).

Gdy dochodzimy do podejścia na Parangul Mare, chmury na chwilę się rozstępują, a my możemy podziwiać ponoć najbardziej wybitny szczyt Rumunii. Samo podejście nie jest ani trudne (brak trudności technicznych), ani męczące, bo powietrze jest zimne i wilgotne, a słońce nie przebija się przez grubą warstwę mgły. Na szczycie nie widać nic poza kopczykami i rumuńską flagą, więc po zrobieniu pamiątkowych fotek ruszamy w dalszą trasę. Czeka nas jeszcze kawał drogi w dół.

Po zejściu z grani nasz szlak wiedzie stromymi, trawiastymi zboczami. Na tej wysokości widać zdecydowanie więcej, zresztą pogoda nieco się poprawia. Mijamy pasące się we mgle stado koni, później dany nam jest piękny widok na Petroșani i wzgórza, na których czeka na nas obiad i prysznic. Końcówka trasy to mozolne ubijanie kolan przy zejściu stromymi trasami narciarskimi. Docieramy do noclegu w stanie półżywym, ale wyrobiona w ten sposób kondycja ma się nam później bardzo przydać.

Dzień 6 – Kemping w Băile Herculane.

Powoli zbliża się czas podziału wycieczki na oddziały. Miejsce rozstania to Băile Herculane, hotelowo-uzdrowiskowo-kempingowa miejscowość, leżąca przy granicy z Serbią, z grubsza na wysokości Belgradu. Ruszamy tam jadąc przez Petroșani drogą na Targu Jiu… która jest aktualnie remontowana, a że prowadzi głębokim kanionem rzeki Jiu i nawet bez remontu jest ciasna, to trafiamy w niekończący się ruch wahadłowy w którym stoją samochody i ciężarówki. Słoneczko praży, woda paruje i ogólnie atmosfera sprzyja zawałom, wylewom i omdleniom. Jakiś czas później udaje nam się minąć Targu Jiu i dotrzeć do parku narodowego Domogled-Valea Cernei, gdzie piękna, widokowa droga 67D zamienia się w straszącą dziurami mordownię – ot, uroki Rumunii :) . W każdym razie docieramy późną porą do Băile Herculane, gdzie jest gorąco, parno i tłoczno. Kempingi są zapchane prawie po brzegi (ba, niektóre namioty są rozbite na poboczach drogi 67D), oferują standard pt. „woda tutaj wypływa ze skały, prysznic jest tam w potoku, a toaleta to ten dół wykopany pod budką z drzwiami”. Za to są tanie i z całą pewnością pozwalają liznąć rumuńskiego folkloru ludowego, tzn. szalonych imprez w stylu orientalnym, którym towarzyszy lokalna muzyka odtwarzana z głośników w bagażniku co drugiego samochodu. Z kempingami sąsiadują stragany z towarem typowo kurortowym (kolorowe ręczniki, dmuchane koła ratunkowe itp. itd.) i budki z takimż jedzeniem. Kilkanaście kilometrów dalej (u wylotu kanionu) znajduje się właściwe miasteczko uzdrowiskowe z licznymi hotelami, ale nawet go nie oglądamy, bo jesteśmy tu tylko w celach noclegowych.

Ten komisariat z lewej to przykład z czym musi mierzyć się turysta w tej okolicy ;)

Ten komisariat z lewej to przykład z czym musi mierzyć się turysta w tej okolicy ;)

Jakimś cudem udaje nam się rozbić namioty i przespać noc, a o poranku ruszamy na podbój Bułgarii.

Część druga relacji:
https://travelauts.wordpress.com/2015/07/11/ro-bg-gr2/

Rumunia – część 2 (2012)

Część pierwsza relacji:
https://travelauts.wordpress.com/2014/12/29/rumunia-2012-1/

28.07.2012 – 12.08.2012


Dzień 10 – wulkany błotne

Kolejny punkt wycieczki to wulkany błotne (Vulcanii Noroiosi) w pobliżu miasta Buzău. Zwijamy obozowisko i docieramy na miejsce przed 15tą. Okolica wulkanów jest bardzo urokliwa – teren jest pełen pagórków, między którymi wije się droga, którą tu dojechaliśmy. Same wulkany spełniają nasze oczekiwania – bulgoczą, wylewają i ogólnie bardzo starają się wyglądać groźnie. W promieniu 200-300 metrów nie ma żadnej roślinności, a powierzchnia ziemi jest spękana i w bliskości samych wulkanów ma szaro-srebrny kolor, zachęcający do rozglądania się za lądownikiem misji Apollo.

Lądownika ostatecznie nie znajdujemy, natomiast spotykamy kosmitów, a konkretnie zorganizowaną wycieczkę, której uczestnicy wydają się przybyszami z Planety Małp. Jeden z nich wchodzi na oglądany przez wycieczkę wulkan i ze zdziwieniem obserwuje, jak jego noga – przebijając miękkie zbocze – zapada się aż po udo w świeże błoto. Wyposażeni w satysfakcjonującą liczbę zdjęć przerywamy to „spotkanie trzeciego stopnia” i udajemy się w na poszukiwanie obiadu i przy tej okazji przeżywamy kolejny rumuński kontrast. Otóż na drodze prowadzącej do wulkanów jest jedno miejsce, gdzie asfalt jest mocno uszkodzony i trzeba istotnie zwolnić, żeby nie zniszczyć zawieszenia. Oczywiście taka nisza rynkowa aż prosi się o zapełnienie, więc dyżuruje tu dwóch małych Cyganów o nastawieniu crowdfundingowym. W jedną stronę udaje nam się przejechać bez opłat, w drugą robi się gorąco, bo tym razem chłopcy postanawiają zastosować agresywny model biznesowy i najpierw próbują zastąpić nam drogę, a gdy to nie wystarcza, rzucają w samochód kamieniami – mamy jednak trochę szczęścia – albo dostatecznie mocny silnik – i odjeżdżamy bez szkód na mieniu.

Tyle awersu, a gdzie rewers? Ano w pobliskiej wsi nawiedzamy zupełnie niepozorną restaurację, w której jemy bezapelacyjnie najlepszy rumuński obiad, zakończony deserem w postaci rumuńskich pączków (papanasi) – wszystko przyrządzone na poziomie „kucharz artysta”, nienotowanym w tej klasie cenowej gdziekolwiek indziej w znanej nam Europie. To smutne, że czasami trzeba pojechać na zabitą dechami wieś, żeby naprawdę dobrze zjeść.

Po ostatnim kawałku deseru turlamy się z trudem do samochodu i ruszamy w dalszą trasę. Już po zmroku udaje nam się dotrzeć do „wampirzego” kempingu w Bran, jednego z licznych holenderskich obiektów tego typu w Rumunii. Złośliwy szerszeń cierpiący na bezsenność trochę utrudnia nam rozkładanie namiotu, ale wreszcie jakoś udaje się pójść spać.


Dzień 11 – Bran, przejazd w Bucegi

Kemping w Bran należy z pewnością do zadbanych i w miarę przyjemnych, chociaż naszą miejscówkę trudno nazwać zacienioną i szczególnie wygodną – naprawdę dobre miejsca były już zajęte, albo nie znaleźliśmy ich w wieczornych ciemnościach… Małżeństwo prowadzące kemping sprzedaje też między innymi wina własnego wyrobu; oczywiście nazwy i opakowania wyrobów nawiązują do Drakuli i wszelkich innych wampirów, kosztują więc stosownie więcej, niż ich półkowe odpowiedniki ;) .

Skoro już tu przyjechaliśmy, to postanawiamy obejrzeć zamek w Bran. Od początku traktujemy tę atrakcję turystyczną ze sporą rezerwą – jak się okazuje, wciąż niestety zbyt małą. Wstęp jest bardzo drogi, zamek jest po prostu w miarę ładnie zachowanym/odrestaurowanym (?), małym zameczkiem na wzgórzu, nie mającym oczywiście nic wspólnego z Władem Palownikiem i ogólnie nieszczególnie ciekawym. Nie znajdujemy tu nawet żadnych lochów ze świecącymi, plastikowymi kościotrupami, które mogłyby nam wynagrodzić poniesione straty moralne i finansowe. Ludzi jest mnóstwo i jedynym plusem zwiedzania jest oglądanie dolinki rzeki Turcu, w której położone jest Bran. W okolicach zamku funkcjonuje odpustowy bazar, pełen kubków z Drakulą, wampirzych kłów i innych tego typu gadżetów, które, szczerze mówiąc, są chyba lepszą inwestycją, niż bilety wstępu. Podsumowując – nie jedźcie tą drogą.

Zwijamy się z Bran i kierujemy do kolejnego miejsca noclegowego, obok Fogaraszy drugiego „na dziko”. Zamierzamy rozbić namiot w dolinie rzeki Ialomiţa (Jałomica), w samym środku gór Bucegi. Jest to bardzo dogodna baza wypadowa, bo na wszystkie wycieczki będziemy startować z wysokości 1500m. Objeżdżamy Bucegi najpierw od północy, następnie od wschodu, przejeżdżając przez miasta Bușteni i Sinaia, by po długiej wspinaczce samochodowej dotrzeć do miejsca docelowego od południowej strony gór.

Wspomniane miasteczka to dla Bucegów swoiste „Zakopce” – pełne turystów, raczej niezainteresowanych wysokogórskimi wycieczkami (chyba że kolejkami linowymi), a przez to zatłoczone i pozbawione miejsc do zaparkowania samochodu (poza obrzeżami i płatnymi parkingami parkowanie jest praktycznie niemożliwe). Z drugiej strony, widoki są tu prawie alpejskie – miasta są położone przy wschodnich, bardzo urwistych zboczach Bucegów, zasłaniających sporą część nieba. Dla porównania wyobrazić sobie można, że Giewont ma ponad 2200m. , a centrum Zakopanego o połowę bliżej, niż obecnie ;) .

W Sinai skręcamy w drogę 71, a z niej – w 713. Przy schronisku Cuibul Dorului natrafiamy na otwartą bramę, wyposażoną w tabliczki „droga w budowie” i „zakaz wjazdu” (gdy piszę te słowa, można wciąż zobaczyć te znaki na Google Street View). W schronisku dowiadujemy się, że możemy spokojnie jechać dalej. Rzeczywiście jest tu niedawno położony asfalt, a dalsza podróż jest przyjemna i momentami niezwykle krajobrazowa, bowiem wiedzie przez wysoko położoną przełęcz Dichiu, by następnie opaść do doliny. Po odbiciu na północ w drogę 714 czar pryska – asfalt nieodwołalnie zamienia się szuter oraz wybijającą nasze zęby i zawieszenie samochodu tarkę, pełną dziur i kałuż. Objeżdżamy w męczarniach jezioro zaporowe Bolboci oraz liczne tabliczki ostrzegające o wielotysięcznych karach za biwakowanie (trzeba uważać którędy przebiega granica parku narodowego). Wreszcie, już po zmroku docieramy do szerokiego i płaskiego fragmentu doliny, w którym oprócz kilku budynków (w tym siedziby Salvamontu) jest sporo rozbitych namiotów i… jedna albo dwie przyczepy kempingowe. Dołączamy wiec do towarzystwa z naszym obozowiskiem i idziemy spać z nadzieją, że nie rozbiliśmy się na polu minowym lub na plecach niedźwiedzia…


Dzień 11 – Bucegi: Sfinxul

Pobudka! Kap, kap, kap!

Tak jest, pada deszcz, jest zimno i paskudnie. Śpimy dalej.

Pobudka!

No dobrze, dalej jest zimno i paskudnie, ale o kreseczkę lepiej. Jakoś udaje nam się zjeść śniadanie i ruszyć. Plan dnia jest jak zawsze bogaty, chociaż w poziomie mamy do przejścia niecałe 20km. Ruszamy z namiotu szlakiem na północ i najpierw oglądamy położony w wejściu do jaskini monastyr (Mănăstirea Peştera Ialomiţei) oraz oczywiście samą jaskinię. Z pewnością jest to absolutne must see Bucegów ;) – jaskinia może nie jest najbardziej efektowna (brak w niej jakichś szczególnych nacieków), ale zwiedza się ją na szczęście bez przewodników i nietypowo, bo… wdrapując się licznymi schodami w górę.

Drugim punktem programu jest obejrzenie charakterystycznych formacji skalnych Bucegów, przede wszystkim słynnego Sfinxula ;). Aby się do niego dostać, wdrapujemy się niebieskim szlakiem na ok. 2200m. do schroniska Babele. Sfinxul nie jest jakoś szczególnie imponujący, natomiast reszta wycieczki – owszem. Bucegi to góry prawie tak wysokie, jak Tatry, ale widokowo będące do pewnego stopnia mieszanką Karkonoszy i Bieszczadów. Masyw jest zakończony stromymi stokami od zachodu, północy i w szczególności od wschodu, ale sam w sobie składa się z licznych, trawiastych płaskowyżów, opadających łagodnie w kierunku południowym oraz doliny Jałomicy.

Powrót do namiotu jest więc przez dłuższy czas relaksującym spacerem po połoninie według prowadzącego na południe żółtego szlaku. W schronisku Piatra Arsa zjadamy obiad, składający się z raczej podłej jakości górskich kiełbasek i mięsa z capa… znaczy z baraniny. Dalej ruszamy niebieskim szlakiem na zachód, a następnie drogą na południe aż do przełęczy Lăptici, gdzie czerwony szlak w kierunku północno-zachodnim sprowadza nas przez piętro lasu aż do namiotu. Co jakiś czas spadają przelotne deszcze, więc kładziemy się spać z nadzieją na lepszą pogodę; następnego dnia chcemy dotrzeć na czubek Bucegów.


Dzień 12– Bucegi: Omul

Następnego dnia pogoda jest o (czyste) niebo lepsza i ma się zepsuć dopiero po południu. Nastrój sielanki psuje nieco właściciel stojącej niedaleko przyczepy, który zasila swoją telewizornię przy użyciu agregatu, ale cóż – każdy kraj ma swoje zboczenia ;) .

Wyruszamy znów na północ, ale tym razem zamiast odbić na wschód niebieskim szlakiem (krzyżyk) do schroniska Babele, idziemy niebieskim szlakiem (pionowa kreska) na północ. W okolicach stacji kolejki linowej oglądamy wnętrze kolejnego, raczej mało zabytkowego monastyru, z którego wydobywają się odtwarzane z nagrania śpiewy cerkiewne. Pniemy się w górę po niekończących się łąkach, mijając stada krów, owiec i osłów, a także wycieczkę Rumunów na quadach. W niektórych miejscach z każdym krokiem na boki wystrzela po kilkadziesiąt koników polnych. Obfitość stawonogiej przyrody objawia się niestety także pod postacią licznych much, w tym także tych lubiących sobie poucztować. Na szczęście gdy wchodzimy w nieco bardziej kamienisty teren, wysokość jest na tyle duża, że namolne stworzenia dają nam spokój.

W cieniu olbrzymich form skalnych, wystających z trawiastych zboczy, wdrapujemy się coraz wyżej, podczas gdy chmury są coraz niżej i bliżej. Wreszcie, gdy zostaje nam do przejścia ostatni długi i prawie płaski odcinek, zaczyna kapać i dość intensywnie grzmieć. Przyspieszamy kroku, a ostatnie kilkadziesiąt metrów drogi do schroniska (najwyżej położonego w Rumunii) na szczycie Omul (2507m.) pokonujemy prawie że biegiem. Wchodzimy na wpół mokrzy do środka i zasiadamy przy ławie, nawiązując długą rozmowę z kilkuosobową grupą rodaków, reklamujących nam pobliskie pasmo górskie Piatra Craiului.

Pogoda niespecjalnie chce się poprawić, a przejście do sąsiadującej z budynkiem schroniska świątyni dumania wydaje się tytanicznym wysiłkiem – jest okrutnie zimno i krople deszczu padają poziomo.

Na szczęście po godzinie trochę się przejaśnia – nie na tyle, żeby nasza wycieczka zakończyła się w stanie suchym, ale przynajmniej możemy ruszyć w drogę. Żeby nie wracać po własnych śladach, wybieramy czerwony szlak (kreska) biegnący zachodnim skrajem płaskowyżu. Po drodze mijamy owczą zagrodę wyposażoną w agresywnego psa, ale na szczęście obywa się bez odpalania petard. W okolicy przełęczy Strunga skręcamy na południowy wschód i czerwonym szlakiem (kreska/koło/krzyżyk) schodzimy do schroniska Padina, a następnie do namiotu.

Jeszcze tego samego dnia zwijamy namiot i opuszczamy Bucegi… podobnie jak połowa populacji Sinai i Bușteni. Kończący się turnus skazuje nas na wielogodzinny korek i do zaplanowanego miejsca noclegowego – kempingu pod Braszowem – docieramy późnym wieczorem.


Dzień 13 – Brașov i pożegnanie z Rumunią

Na koniec wyjazdu zaplanowaliśmy szybkie zwiedzanie Braszowa. Miasto jest z całą pewnością warte dłuższych oględzin: jak wiele innych transylwańskich miast jest pełne zabytkowej architektury i spacer jego ulicami jest przyjemny sam w sobie, bez konieczności smarowania oczu przewodnikową wazeliną. Oprócz oglądania zbytków można skorzystać z kolejki wwożącej chętnych na górujące nad miastem wzgórze. Niestety, mamy zbyt mało czasu, więc po godzinnym kursie po starówce i jej przyległościach pakujemy się do samochodu i ruszamy z powrotem do węgierskiego Tokaju.