Rumunia – Bułgaria – Grecja. Część 3 – Grecja… i Bułgaria :)

Część druga relacji:
https://travelauts.wordpress.com/2015/07/11/ro-bg-gr2/

Dzień 10 – Długa podróż do Pindosu.

Cała nasza wycieczka jest zaplanowana w trosce o jak najkrótsze przejazdy samochodem, ale dzisiaj czeka nas trochę dłuższa przeprawa. Z Melnika musimy dobić się do (Te)Salonik, a stamtąd, głównie autostradą Egnatia Odos, do naszego trzydniowego noclegu w górach Pindos, w miejscowości Tsepelovo. Oczywiście tylko część rzeczy idzie zgodnie z planem, a część chadza własnymi ścieżkami :) .

Przede wszystkim nawigacja zapytana o drogę do Tsepelova w rejonie Zagori usilnie proponuje przejazd przez Albanię z czasem 15 godzin. To ciekawa koncepcja, ale ryzykujemy drogę przez Grecję, nastawiając urządzenie punkt po punkcie.

Po dojechaniu do Salonik, z uwagi na wrodzoną chytrość, każemy nawigacji omijać płatne odcinki dróg – i jest to w przypadku Egnatii Odos całkiem niezła strategia, bo bramkowane są tylko jej (akceptowalnie) krótkie fragmenty. Trochę trzeba się może poprzedzierać przez greckie wsie, czasami wjechać pod górę i zjechać, zamiast przejechać tunelem (no dobra, to akurat było spore nadrabianie, ale dzięki temu zjedliśmy obiad na przyjemnym, górskim odludziu ;) ), ale generalnie i tak większość dystansu pokonujemy autostradą za darmo. Krajobrazy tej części Grecji są specyficzne – z jednej strony trochę jałowe płaskie tereny, z drugiej – wystające wszędzie wokoło wzgórza. W górskich odcinkach autostrady ponadto jest sporo znaków ostrzegających o niedźwiedziach.

Najgorsze czeka jednak przed nami! Gdy jesteśmy w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Janiny (czyli greckiej Ioanniny ;) ), skręcamy z autostrady na potencjalnie ciekawy wariant trasy, wiodący przez Pindos. I rzeczywiście, początkowo jest pięknie, szczególnie gdy mijamy sztuczne jezioro (Techniti Limni Aoou) znajdujące się dosłownie pośrodku niczego (nie ma tu żadnych wsi, ludzi ani samochodów, tylko trochę asfaltu i pojedyncze zabudowania). Gorzej, gdy trasa coraz bardziej zagłębia się w Pindos, a nawigacja każe nam skręcić w drogę gruntową. Nie mamy wyjścia, bo żadnej innej drogi prowadzącej przez góry do naszego celu zwyczajnie nie ma – trzeba by nadrabiać kilkadziesiąt kilometrów, a przecież nie możemy zajechać o północy i szukać kwatery w miejscu, które na mapach googla zobrazowane jest za pomocą kilku kresek na krzyż, bez żadnej adresacji.

W efekcie drapiemy się kilkadziesiąt kilometrów na I lub II biegu, wspinając się po szutrowych drogach, poprzecinanych strumykami, pełnych małych lub dużych kamieni, uskoków i dziur. Jest przygoda, jest wesoło :) . Wszystko to oczywiście zgodnie z zaznaczoną w nawigacji opcją „omijaj drogi gruntowe”.

Wreszcie jakimś cudem wyjeżdżamy na asfalt. Stąd jest już tylko rzut beretem do Tsepelova. Na miejscu okazuje się, że niespecjalnie jest gdzie zaparkować, a już w szczególności nie wiadomo, gdzie jest zarezerwowana przez booking kwatera. Błąkamy się w jej poszukiwaniu, zaczepiani przez lekko zniedołężniałego dziadka, przekonanego, że dane jest nam przemawiać w mowie jego pradziadów. Kiedy powoli tracimy nadzieję na znalezienie właściwego adresu, pytamy przechodzącą ulicą starszą panią o adres, machając jej przed oczami wydrukiem z booking.com. Ta przygląda się przez chwilę uważnie, mrużąc oczy, po czym oświadcza: „it’s me!”.

Region Zagori, do którego trafiliśmy, jest bardzo charakterystyczny. Oprócz specyficznych warunków terenowych, które przyczyniły się do jego niskiego zaludnienia, jest dość odrębny etnicznie jak też architektonicznie. Tutejsze wsie składają się prawie wyłącznie z kamiennych domów krytych dachówką (i takich również kościółków) i posiadają ciekawy układ przestrzenny: centralnym miejscem jest często mały ryneczek z wkomponowanym platanem (rozsądnej wielkości), rosnącym na środku. Ponadto, okolica słynie z licznych kamiennych mostów.

Dzień 10 – Wejście na Smolikas (2637 m)

Ponieważ pogoda dopisuje, zabieramy się za realizację pierwszego celu naszej obecności w górach Pindos: zdobycia najwyższego szczytu tego pasma i drugiego szczytu Grecji (o ile policzyć Olimp jako jedną górę) – Smolikasa.

Internetowe informacje o tej górze są raczej szczątkowe, nie mamy też kompletnej mapy na nawigację. W kwestii doboru szlaku posiłkujemy się zdjęciami satelitarnymi (google earth) i jednym polskim opisem wejścia na Smolikas. Generalnie można próbować wchodzić przede wszystkim ze wsi leżących na południe od szczytu (Pades, Paleoselli), a także ze wschodu, z Samariny (położonej na wysokości 1500 m). Prawdopodobnie część podejścia można sobie uprościć, podjeżdżając gruntowymi drogami w górę, ale wtedy trzeba odnaleźć drogę do szlaku z nietypowego miejsca. Decydujemy się nie kombinować i uczciwie wejść istniejącym (wedle relacji) szlakiem z Paleoselli.

O poranku wyruszamy samochodem na północ. Droga tym razem jest w pełni asfaltowa i do tego niezwykle ciekawa, ponieważ żeby dotrzeć do Paleoselli, trzeba objechać częściowo masyw Tymfi, zjechać w dolinę, którą płynie rzeka Aoos, a na koniec wrócić na górę. Docieramy bez większych kłopotów do wioski i stawiamy samochód w miejscu, które wygląda na obiecująco nieirytujące dla kogokolwiek z tubylców. Przebieramy się w ciuchy turystyczne, dopakowujemy plecaki i ruszamy. Początkowo szlak wiedzie przez dłuższy czas przez las… jak to w górach. Ale nie jest to las, który daje wytchnienie od greckiego słońca. Wszystko wokół ma tendencję do iglastości, drzewa są niskie, wysuszona ściółka trzeszczy pod stopami, powietrze jest nieruchome. Ruchome są za to muchy, które usilnie próbują skorzystać z jedynego świeżego mięsa w promieniu kilku kilometrów. Sytuację umila trochę panoramiczny widok na urwiska, jakimi kończy się masyw Tymfi i inne okoliczne wzniesienia.

Wspinaczki z Paleoselli jest całkiem dużo, bo do pokonania mamy około 1,5 kilometra w górę i niecałe 10 km w poziomie – w prostej linii. Niestety po pewnym czasie gubimy szlak, a w zasadzie uznajemy, że go wcześniej zgubiliśmy, a odnaleźliśmy ścieżkę, którą powinniśmy przyjść. Fakty są takie, że na krótkim odcinku szlak prowadzi w górę, a następnie ostro w dół, wszystko to przy dość skąpym oznakowaniu, ale tego mamy dowiedzieć się dopiero w drodze powrotnej. Na razie postanawiamy zrobić pierwszy krok w kierunku bytności w światowych rankingach wspinaczkowych i wytyczamy (korzystając z nawigacji) nową drogę na Smolikas. No, dajmy na to, że kawałek nowej drogi. No i powiedzmy sobie wprost: wybitnie niewygodny kawałek nowej drogi. Wprawdzie oszczędzamy spory dystans do przejścia, ale też przedzieramy się przez jakieś niewygodne stromizny, tu i ówdzie mocno zarośnięte.

W końcu udaje nam się wyjść z lasu i wrócić na szlak. Powyżej granicy lasu rośnie zaś już tylko trawa i sporo różnych kwiatków. W przeciwieństwie do mocno skalistych terenów Tymfi, masyw Smolikasa jest kolorowy i łagodnie pofałdowany. Dominuje połączenie soczystej (mimo lata) zieleni z nieporównywalnymi chyba z innymi górami w tej części Europy ciemnymi glebami i skałami. Szczególnie rzuca się w oczy połączenie małych czarnych okruchów skalnych z kwitnącą jaskrawo roślinnością.

Drepcząc w stanie mocno wyczerpanym docieramy do jeziora Drakolimni, wypełnionego – oprócz wody – małymi jaszczurkami (tych jezior jaszczurczo-smoczych jest kilka w całym rejonie Zagori, niestety ktoś nie cierpiał na nadmiar wyobraźni nazewniczej! ;) ). Okolica ma kolorystykę prawie że wulkaniczną – ciemnych skał jest tu mnóstwo, szczególnie w obrębie stromych osypisk. Tu spotykamy jedynego człowieka na szlaku poza nami – pasterza ze stadem owiec.

Regenerujemy siły przed podejściem na szczyt, bo chociaż wierzchołek wydaje się nieodległy, to jednak musimy przebyć jeszcze ok. 500 metrów w pionie. Trasa nie jest wymagająca, chociaż zbocze ma tendencje do osypywania się i przez to bywa dość upierdliwe w obsłudze.

Po żmudnej wspinaczce stajemy na szczycie, z którego rozpościera się widok na dość wymarłą i urwistą od północnej strony grań. Nie ma tu już praktycznie żadnej roślinności, a na północnych stokach zalegają wciąż resztki śniegu. Kolorystyka jest jednak zupełnie inna niż w Górach Dynarskich, Alpach czy Karpatach (a nawet inna, niż w sąsiadującym masywie Tymfi) – skały są czarno-brązowe i chyba przez to wydają się odrobinę przyjaźniejsze. Pstrykamy trochę pamiątkowych zdjęć (Smolikas nie ma licznego towarzystwa, więc widać z niego spory kawałek okolicy), poświęcając wiele uwagi pozostawionemu w dole Drakolimni, po czym rozpoczynamy drogę powrotną po własnych śladach.

Na w miarę płaskim odcinku jezioro – granica lasu dobiegają do nas groźne pomruki z nieba. Wszędzie wokół jest pełno wyschniętych, pokręconych pni drzew, zupełnie jakby kiedyś robiły za piorunochrony, dlatego intensyfikujemy zejście. Niepotrzebnie – burza przechodzi bokiem.

W drodze powrotnej udaje nam się przejść poprawnym odcinkiem szlaku i rozwiązać zagadkę zagubionych oznaczeń (wdrapujemy się ostro pod górę do miejsca, w którym postanowiliśmy ruszyć na azymut).

Do Paleoselli docieramy po zachodzie słońca. Ładujemy się w samochód i ruszamy w drogę powrotną do Tsepelova, przy okazji ze zdumieniem odkrywając jak dzikim regionem Pindosu jest Zagori. Po pierwsze, ani za dnia, ani teraz nie spotykamy choćby jednego samochodu. Po drugie, droga powrotna przez dolinę to nieustanny slalom między wylegającymi na asfalt ropuchami. Wreszcie udaje nam się natknąć na dwa dorodne zające nieco ogłupione światłem reflektorów. Wszystko to dzieje się na odcinku raptem kilku kilometrów.

Dzień 11 – Wąwóz Vikos

Pindos w kategoriach turystycznych słynie przede wszystkim z wąwozu Vikos, co do którego nie ma pewności jaki jest, ale Grecy chwalą się, że jest najgłębszy na świecie. Najgłębszy, rzekomo, biorąc pod uwagę stosunek głębokości i szerokości, co pewnie można byłoby uznać za swojego rodzaju relację cena/jakość :). Fakty są takie, że nie jest to ani najgłębszy, ani najdłuższy wąwóz na świecie, a w propagandę sukcesu Grecy jakoś sami sobie chyba nie dowierzają, bo na miejscu spotkaliśmy wyłącznie turystów z innych krajów, włączając w to Polaków. Tak czy inaczej nie ulega wątpliwości, że Vikos warto odwiedzić.

Ponieważ wąwozy zazwyczaj nie mają kształtu koła, a my nie mamy ambicji wracania autobusem do miejsca startu wycieczki, decydujemy się na przejście pewnej części wąwozu i powrót po własnych śladach. Startujemy więc wycieczkę z wioski Monodendri, znajdującej się na południowym krańcu wąwozu, z której na jego dno prowadzi obudowana niezliczonymi schodkami ścieżka.

Oczywiście schodzi się miło, chociaż jest gorąco – co widać po drapiących się w górę półżywych trupach – ale ciąży świadomość, że trzeba będzie wrócić pod górę. Na dole, za sugestią napotkanych rodaków, zamiast iść szlakiem, decydujemy się najpierw przejść wyschniętym korytem rzeki Voidomatis, która wyrzeźbiła wąwóz. Wprawdzie pierwszą napotkaną atrakcją są zardzewiałe szczątki roweru, ale potem jest już tylko lepiej. Mijamy małe kamienie i wielkie głazy, wypełnione żabami resztki sezonowej w tym miejscu wody, trochę niezadowolonych z towarzystwa os, czasami też trzeba poszukać przejścia wokół największych skał i nieczynnych wodospadów. Cały czas górują nad nami olbrzymie ściany wąwozu, które osiągają nawet 700 metrów wysokości.

Po pewnym czasie mamy dość słońca i ruchomych kamyczków, więc przedostajemy się na szlak, którym dochodzimy do miejsca, z którego Voidomatis (dzięki dodatkowemu zasilaniu) płynie nawet o tej porze roku. Korzystamy z doprowadzonej „bieżącej” wody w celu ochłodzenia rożnych układów (głównie nerwowych ;) ) i robimy dłuższy postój.

Powrót nie należy do lekkich, bo powietrze w wąwozie jest nieruchome, Słońce tu i ówdzie wciąż do niego zagląda, zaś ścieżka prowadzi niekoniecznie po płaskim terenie. Najgorsza jest jednak wspinaczka po schodach do Monodendri, ale że jesteśmy zaprawieni w o wiele gorszych bojach, to jakoś docieramy do samochodu, którym przemieszczamy się do punktu widokowego Oxia, leżącego na północ od miasta.

Na końcu drogi znajduje się nieduża półka skalna, z której roztacza się panoramiczny widok na wąwóz. Z „oficjalnego tarasu” można oprócz tego przejść kawałek dalej aż do niezabezpieczonego miejsca, gdzie półka kończy się urwiskiem. Co ciekawe, spotykamy tu nie tylko kilku turystów, ale także przyjaznego, choć upartego osła, który na wąskim przejściu półki postanawia urządzić sobie kilkuminutowy postój. Na szczęście po chwili odblokowuje przejście, dzięki czemu możemy powrócić do samochodu.

Oprócz widoków na wąwóz Vikos, z okolic Oxii można obejrzeć także sporo niezwykłych skałek, zawieszone nieomalże nad urwiskami Monodendri, jak również olbrzymi fragment porośniętego lasami i niemal zupełnie dzikiego Zagori. Szkoda, że urlopy nie trwają dłużej, bo musimy odłożyć dalsze zwiedzanie tych okolic na kiedy indziej.

Dzień 12 – Kemping na Riwierze Olimpijskiej – w Litochoro

Nasz pierwotny plan wizyty w zachodniej części Grecji obejmował oprócz Pindosu wizytę nad Morzem Jońskim, ale niestety nie mamy na to czasu. Przeprowadzamy się więc w przyspieszonym tempie nad Morze Egejskie, na Riwierę Olimpijską. Wbrew pozorom nie zamierzmy się tutaj opalać, potrzebny jest nam wyłącznie nocleg przed zaatakowaniem Olimpu.

Ciężko doświadczeni przez los postanawiamy tym razem nie kombinować i przemieścić się na wschód autostradą. Płatne odcinki Egnatii Odos nie są w gruncie rzeczy bardzo drogie, a oprócz ciekawych widoków oferują przyjemność przetestowania kondycji samochodu – droga potrafi piąć się bardzo mocno w górę. W zachodniej części autostrady jest też sporo tuneli. Ale zanim wjedziemy na pierwsze metry autostrady, to już sam wyjazd z Pindosu w okolice Ioanniny robi wrażenie :) .

Po zaskakująco krótkim czasie docieramy na słoneczne wybrzeże słonecznej Hellady… prosto w gigantyczną burzę z oberwaniem chmury, któremu nie są w stanie sprostać nawet nastawione na maksimum samochodowe wycieraczki. Pierwszą godzinę na kempingu spędzamy na siedzeniu w samochodzie, dygotaniu przy sałatce greckiej w kempingowym barze oraz na nieśmiałym spacerze po plaży, gdy pogoda się trochę uspokaja. Jakoś udaje nam się rozbić namiot, a Olimp widzimy przez jakieś 5 sekund, gdy wieczorem od tyłu podświetla go zachodzące Słońce.

Dzień 13 – Zdobywanie Olimpu, dzień 1/2 (Prionia > schronisko A – Spilios Agapitos)

Przyjęty przez nas plan na zdobycie Mitikas (2918 m), najwyższego punktu pasma Olimpu, jak też Grecji, jest raczej typowy: wejść na górę, zanim nawieje chmur. Nie jest to trywialne zadanie dla ludzi, którzy nie lubią wstawać przed 8 rano. Nie jest to również zadanie przyjemne, jeśli chce się wejść w ciągu jednego dnia, ruszając z nadmorskiego miasta Litochoro, ani nawet z położonego wyżej parkingu Prionia (1100 m n.p.m.). Rozbijamy więc wycieczkę na dwa dni, pierwszego podjeżdżając do wspomnianego parkingu i zostawiając na nim samochód. W samochodzie zaś zostawiamy włączoną na minimalne obroty lodówkę turystyczną, zawierającą nasze zapasy żywieniowe, licząc na to, że nie uda jej się rozładować akumulatora, a w samochodzie nie zapanuje totalna sauna ;) .

Chyba najłatwiejszą metodą wejścia na Mytikas, lub towarzyszące mu szczyty, jest podjechanie samochodem drogą szutrową od zachodniej strony aż do górskiego schronu „Christaki” na wysokości ok. 2500m. Najłatwiejszą dla turysty, bo niekoniecznie dla samochodu, a ponieważ mamy miejsce na tylko jedno koło zapasowe i tylko trochę wyżej zawieszony samochód, a nie terenówkę, z koncepcji tej rezygnujemy.

Nocleg planujemy w schronisku A „Spilios Agapitos”, które słynie z bulwersującej – dla ludzi z cebuli – opłaty za spożywanie własnych kanapek na jego terenie, o ile nie jest się jego mieszkańcem, bądź nie kupi się jakiegoś pożywienia. Poza noclegiem w samym schronisku można rozbić namiot na niewielkim, przygotowanym do tego celu wypłaszczeniu – z tej właśnie opcji postanowiliśmy skorzystać. Schronisko położone jest wysoko (2100 m), ale jeszcze w terenie zalesionym, posiada taras z rewelacyjnym widokiem na Morze Egejskie oraz zakończoną wąwozem Enipeas dolinę Mavrologos ciągnącą się z Litochoro aż do schroniska. Widać stąd także liczne baszty i skały znajdujące się bezpośrednio pod wierzchołkiem Mytikasa. Cena za rozstawienie namiotu nie jest bardzo wysoka (w gruncie rzeczy niższa, niż na greckich kempingach), jedzenie też nie jest zabójczo drogie.

Z Prionii ruszamy z niedużymi plecakami zaopatrzonymi w jedzenie i picie, maty samopompujące, namiot, kaski i cienkie śpiwory (błąd!). Wspinaczka do schroniska nie trwa bardzo długo, a trasa jest stroma i momentami wąska. W pewnym momencie zostajemy prawie strąceni przez muły, donoszące do schroniska całe zaopatrzenie – trzeba na nie zdecydowanie uważać. Pierwszy raz zastosowane przez nas w lecie kijki trekkingowe zaskakująco skutecznie ułatwiają noszenie ciężarów na plecach, ale i tak z radością witamy się z budynkiem schroniska, patrzącym na nas ze skalnej pół kilkadziesiąt metrów wyżej. Temperatura w słońcu, mimo fatalnej pogody poprzedniego dnia, jest raczej wysoka.

Jako jedni z pierwszych przybyłych namiotowiczów, rozbijamy się w dogodnym punkcie pod drzewem i… próbujemy przetrwać resztę dnia, nie mając wiele do roboty (w szybko spadającej wieczorem temperaturze kusząca jest sala z kominkiem w schronisku, wraz z jedzeniem i winem sprzedawanym tamże). Internetu tu nie ma (chociaż obecnie schronisko reklamuje się siecią wifi), czytników e-booków nie zabraliśmy, a na wycieczkę w zasadzie można iść tylko w górę, lub w dół… Może to nic dziwnego, że schroniska położone wyżej, między innymi „Christos Kakalos” położone na Płaskowyżu Muz, cieszą się dużą popularnością? Tam chociaż można przejść się dookoła olimpijskich szczytów, nawet jeśli w nocy jest upiornie zimno ;) .

A skoro już omawiamy kwestię nocy, to nasz namiot, ultralekkie śpiwory i dość grube maty niestety nie zapewniają komfortu termicznego i nocny, lodowaty, górski wiatr udowadnia nam, że oznaczenie „komfort 15” nie równa się komfortowi w 8 st. C ;) . Z drugiej strony, być może warto się przebudzić o nieludzkiej porze gdzieś w środku nocy i rzucić okiem na Morze Egejskie – widać stąd światła drogowych latarni na odległym Półwyspie Chalcydyckim :) .

Dzień 14 – Zdobywanie Olimpu, dzień 2/2 (schronisko A – Spilios Agapitos > Mitikas > Prionia)

Budziki ustawione na okolice 5 rano wyrywają nas z raczej płytko-lodowatego snu. Słońce szykuje się również do pobudki, tak więc na chwilę przed startem mamy zapewnione wyjątkowe doznania wizualne.

W czasie marszu pod górę przez dość szybko rzednący las jest nam przyjemnie chłodno, ale w miarę jak słońce pnie się w górę, a światło robi się coraz chłodniejsze, nam robi się coraz goręcej. Na szczęście po dłuższej wspinaczce szlak nieco się wypłaszcza i brak drzew przestaje być bardzo dotkliwy.

Co najmniej 2/3 trasy ze schroniska A na szczyt to nieustanna walka ze sobą o niezatrzymywanie i nieodwracanie się. Dlaczego? Bo najciekawsze widoki są za nami i po bokach. Dolina Mavrologos ciągnąca się prawie aż do morza, charakterystyczne dla okolicy, łagodne wzgórza porośnięte alpejską tundrą, ale tu i ówdzie zakończone stromymi urwiskami, czy wreszcie bardzo liczne formacje skalne w kształcie szpiczastych baszt – wszystko to jest zdecydowanie ciekawsze, niż wydeptana ścieżka klucząca między kolejnymi pagórkami. Drugim powodem, dla którego ciągle się odwracam, jest obsesyjne sprawdzanie, czy doganiają nas chmury. Na razie ich nie widać…

Po wyprzedzeniu nieco spompowanej brytyjskiej wycieczki docieramy do miejsca, z którego wyraźnie widać odległy szczyt Mitikasa, na którym zresztą stoją już jacyś zapaleńcy. Jeszcze kawałek i docieramy na wierzchołek Skala, z którego można wejść na minimalnie niższe od Mitikasa Skolio, lub przez grań Kakoskala dotrzeć na szczyt Olimpu. Jest dość… tłoczno. Sporo osób właśnie przemieszcza się granią i wspina na wierzchołek. Sporo osób stoi też z nami na Skali, więc zakładamy kaski i ruszamy, zanim wejdą nam w drogę :).

Słynne „schody nieszczęścia” może i brzmią dramatycznie, ale w kontekście słonecznej pogody przejście grani nie stanowi porażającego wyzwania, jeśli ktoś ma za sobą przejście szlaków takich jak Orla Perć. Może to szok i mechanizm wyparcia, ale ja nie przypominam sobie jakiejś szczególnej ekspozycji. Owszem, jest stromo, w pewnym momencie trzeba przejść obok dziurska z nieprzyjemną przepaścią, ale osobiście większość trasy pokonuję wyłącznie na nogach, bez wspomagania się rękami. Z drugiej strony znam takich, którzy twierdzą, że jest dużo trudniej ;) .

Sama wspinaczka na szczyt również nie jest bardzo wyczerpująca, pojawią się pojedyncze stresujące fragmenty, ale nie jest to przejście, które prosiłoby się o via ferratę. Na pewno odwagi dodają kaski na głowach, z mojego punktu widzenia odwagi przydatnej, bo eliminującej niepotrzebną nerwowość. Gdzieś w połowie drogi orientujemy się, że chmury są już tuż-tuż. Na szczęście docieramy na szczyt w warunkach pełnej widoczności, a jedynym naszym kompanem na Mitikasie jest łysawy Grek w dresie i bez kasku.

Pstrykamy fotki i odpoczywamy chwilę, podziwiając widoki: mamy tu ładnych kilkadziesiąt kilometrów widoczności na Riwierę Olimpijską i pasmo Olimpu. Widoki te są tym lepsze, że półkolisty „tron”, tworzony przez najwyższe wierzchołki Olimpu, od strony zachodniej zakończony jest olbrzymim urwiskiem kotła Kazania, a od strony wschodniej niewiele mniej spadzistym zboczem, dzięki czemu mało jest tu elementów, które mogłyby zasłaniać okolicę.

Chmury nieubłaganie zbliżają się do szczytu, a my mamy jeszcze całkiem ambitny plan wycieczkowy, dlatego zaczynamy się drapać w dół. Żeby nie było nudno – żlebem Loukia. Żleb to w zasadzie kiepskie określenie, bo nie bardzo przypomina typowe alpejskie żleby. Schodzi się po tym jak po baaardzo stromych schodach, nic się nie osypuje, chyba że akurat jakiś przygłup wraca jak szalony po aparat, który zostawił na szczycie. Zejście jest niezwykle efektowne, bo nachylenie jest bardzo duże, a po bokach sterczą niezliczone skalne baszty, wokół których kotłują się pierwsze chmury.

W końcu docieramy do względnego wypłaszczenia i omijającej od wschodu szczyty ścieżki, która następnie w cieniu grani Stefani okrąża wielki kocioł i doprowadza do dwóch wysoko położonych schronisk – Giosos Apostolidis oraz znajdującego się na Płaskowyżu Muz „Christos Kakalos”. Pojawiają się tu dość licznie Grecy z brodami w oczywisty sposób przystrzyżonymi na modłę antyczną – najwyraźniej robią sobie fotki a’la Zeus na ten czy inny portal społecznościowy. Jeden z nich wysiaduje na ścieżce w piżamie.

Droga prowadząca do Płaskowyżu Muz robi się dość tłoczna – mijamy tu nawet kilkunastoosobowe wycieczki, które przepychają się trochę jak muły do schroniska A ;) . Dotarłszy do schroniska Kakalos robimy sobie krótki odpoczynek. W tej chwili chmury omywają już wierzchołek, aczkolwiek zatrzymują się po wschodniej stronie.

Ruszamy do schroniska Agapitos trasą bezpośrednią (nie wracamy pod Mitikasa), która okazuje się niezbyt przyjemna – jest bardziej stroma i czuć ją w kolanach, a ponadto widoki są zdecydowanie gorsze, niż te o poranku. W schronisku zwijamy namiot, pakujemy plecaki i schodzimy do Prionii. Tam wsiadamy w samochód i ruszamy na półwysep Chalcydycki, a konkretnie na jego środkowy „palec” – Sithonię. Droga w dużej części jest ciasna i ogranicza się do jednego pasa w każdą stronę, więc podróż wyjmuje nam trochę czasu. Już po zmroku docieramy do kempingu, gdzie udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Dzień 15 – nad Morzem Egejskim, półwysep Chalcydycki, Sithonia

Jak to bywa nad morzem w Grecji: gorąco, ciepła woda (bez meduz!), piaszczysta plaża (bez miliona leżaków!)… Obozujemy na kempingu Melissi, który na szczęście nie jest bardzo drogi, jak na greckie ceny. Sithonia zresztą nie sprawia wrażenia totalnego kombinatu do opalania zagranicznych turystów w opcji all-inclusive. Ma dość górzysty charakter i oprócz moczenia się i smażenia na słońcu jest tu gdzie wybrać się na przechadzkę (o ile turysta się nie roztopi) po słabo zabudowanych okolicach. Ze wschodniego wybrzeża jest też niezły widok na niedostępny dla śmiertelników (w szczególności płci żeńskiej) trzeci palec półwyspu Chalcydyckiego, Athos. W szczególności dobrze widoczny jest sam wierzchołek Athos (2033 m).

Na kempingu spędzamy w sumie dwie noce żeby odpocząć trochę po dotychczasowych górskich wyprawach.

Dzień 16 – Kavala

Do Kawali wybieramy za namową książkowego przewodnika po Grecji, twierdzącego, że znajdziemy tu ładną starówkę pełną wpływów tureckich. Naiwnie postanawiamy tu więc spędzić jedną noc i z pewnością jest to pobyt o jedną noc za długi. Kawala okazuje się ciasnym greckim miastem, z charakterystycznym dla Grecji bajzlem na drogach (ruch we wszystkich kierunkach i płaszczyznach na raz), totalnym brakiem miejsc parkingowych (co nawet nie dziwi, biorąc pod uwagę położenie miasta i gęstość zabudowy), drogim i kiepskim kempingiem (50 metrów od drogi dojazdowej do miasta…) i wreszcie… kompletnie fikcyjną starówką. Jest tu raptem skromna twierdza (odpuściliśmy sobie zwiedzanie za niemałe pieniądze), rzekomy zabytek (Imaret – dom pielgrzymów), przerobiony na hotel oraz akwedukt, który może i byłby ciekawy, gdyby nie to, że stoi niemal w samym środku ruchu ulicznego.

Rada od serca – jeśli ktoś napisze coś w stylu „Kawala, magiczne miasto tysiąca i jednej nocy”, to nastawcie dobrze uszy, czy nie brzęczy gdzieś czyjaś sakiewka. Bo być może jest tu coś ciekawego, ale z pewnością nie to, o czym bredzą przewodniki.

Na otarcie łez pozostaje widok na położoną nieopodal wyspę Thasos.

Dzień 17 – Filippi, Bańsko, góry Pirin

Z żalem (za straconym czasem i pieniędzmi) wyjeżdżamy z Kawali w kierunku Bułgarii, po drodze odwiedzając ruiny miasta Filippi, chcąc zrealizować moją osobistą potrzebę pooglądania starożytnych zabytków. I rzeczywiście jest co oglądać: są tu ruiny bazylik, placu handlowego, teatru, liczne pozostałości rzeźb i płaskorzeźb, czy wreszcie resztki Via Egnatia – starożytnej drogi, od której nazwę wzięła obecnie istniejąca autostrada.

Wszystko to jest bardzo dobrze dostępne – kosztuje niedużo (a studenci wchodzą za darmo) stoi na wolnym powietrzu lub w małym budynku muzeum, można się poprzechadzać i pooglądać z bliska. Niestety można też posadzić d…, jak raczą czynić to niektórzy zwiedzający, mając w nosie fakt, że rozpłaszczają cztery litery na zabytku reprezentującym fundamenty cywilizacji europejskiej.

Po nasyceniu się starożytnością przemieszczamy się do następnego punktu postojowego, gór Piryn w Bułgarii, wcześniej krótko zwiedzając Bansko, miasto leżące u podnóża Pirinu. Zjadamy atrakcyjny i niedrogi (choć nie tak jak te w Melniku) obiad w jednej z miejskich knajp.

Na nocleg wyruszamy w góry, do pseudo pola namiotowego, będącego kawałkiem płaskiego terenu w okolicy górskiego baru, wyposażonego w wychodek i zimną wodę, a położonego na wysokości ok. 1800m. Prowadzi do tego miejsca utrzymana w dobrym stanie asfaltowa droga, którą można dotrzeć aż do schroniska Wichren (1950m). Oczywiście w nocy jest cholernie zimno i pada deszcz, ale jest to doskonała baza wypadowa do zdobywania okolicznych szczytów, w naszym przypadku – Wichrenu. Bar dysponuje zupełnie niezłym jedzeniem – my objadamy się bułgarskimi plackami mekitsa z dżemem i z serem, będącymi odpowiednikiem węgierskich langoszy, tylko w nieco mniejszym formacie.

Dzień 18 – wejście na Vihren (2914 m)

Od rana nad górami wiszą chmury, aczkolwiek co jakiś czas następują całkiem słoneczne przerwy. Wsiadamy w samochód i parkujemy go w okolicach schroniska (nie ma zbyt wielu miejsc parkingowych, więc trzeba kombinować), co uwalnia nas od konieczności wchodzenia tych 100-200m. Celem wycieczki jest wdrapanie się na Wichren – bardziej może z powodów krajobrazowych, niż ambicjonalnych, bowiem szlak ze schroniska na Wichren nie jest ani długi ani trudny, za to marmurowe, piramidalne ściany najwyższych szczytów Pirinu obiecują odmienne doznania estetyczne, niż w górach o typowo alpejskich kształtach.

Gdy drapiemy się pod górę, robi się całkiem gorąco, bo strome trawiasto-kosodrzewinowe zbocza nie dają szczególnego wytchnienia. Niestety w miarę docierania do skalnej części szlaku (bez żadnych trudności technicznych) szczyt zaczyna po raz kolejny ginąć w chmurach, tym razem nieodwołalnie. Docieramy na górę razem z niezbyt licznymi turystami i spędzamy trochę czasu w zimnej chmurze, licząc choćby na minutę widoczności – na próżno. Pozostaje nam zejść zaplanowaną trasą – szlakiem okrążającym wierzchołek od północy. Co gorsza po raptem kilku minutach schodzenia wchodzimy w lodowate powietrze, od którego sztywnieją ręce, włosy stają dęba, a zęby grzechoczą, i które zupełnie nie przystaje do pory roku. Po wytraceniu wysokości wchodzimy w nieco bardziej malowniczą część trasy, przebiegającą skalistym terenem w okolicach cyrku lodowcowego. Na koniec szlak zakręca na południe i wracamy do schroniska. Stamtąd zjeżdżamy do namiotów, pakujemy je i odjeżdżamy. Chmury właśnie odpływają znad wierzchołka Wichrenu – dowód na to, że w górach należy wstawać albo wcześnie, albo późno ;) .

Jeszcze tego samego dnia docieramy do kempingu w Saparewej Banji – postoju na drodze do Polski.

Dzień 19 i 20 – powrót do Polski

W ciągu następnych dwóch dni dojeżdżamy najpierw na kemping w Băile Herculane, a następnie do domu. Dojazd z krańców Rumunii do Warszawy nie należy może do najkrótszych, ale odbywa się zaskakująco sprawnie.

Rumunia – Bułgaria – Grecja. Część 2 – Bułgaria

Część pierwsza relacji:
https://travelauts.wordpress.com/2015/07/09/ro-bg-gr1/

Dzień 7 – Bułgaria: Bełogradczik.

Granicę rumuńsko-bułgarską przekraczamy w Widyniu, korzystając z niedawno otwartego mostu, za przejazd którym trzeba niestety trochę zapłacić. Pierwszy kontakt z Bułgarią nie jest bardzo zachęcający – wprawdzie drogi są na ogół dobre, ale nigdzie nie daje się kupić obowiązkowych winiet. Wiele tutejszych samochodów jest w opłakanym stanie, a kiedyś ładne domy są zaniedbane i generalnie na tle pięknych krajobrazów widać, że ta część Unii Europejskiej odstaje finansowo od berlińskiej centrali znacznie bardziej niż Polska.

Dojeżdżamy do Bełogradczika, który wygląda trochę jakby ktoś zakonserwował schyłkowy PRL i poczekał do roku pańskiego 2014. Na stacji benzynowej udaje nam się kupić winietę. Rozbijamy namiot na kempingu, który jak na okolicę nie jest szczególnie tani i który lepsze czasy ma za sobą (stare domki letniskowe, mocno zużyty plac zabaw, raczej symboliczne toalety i prysznice), ale na jednorazowy nocleg wystarcza. Wjazd na kemping dość trudno znaleźć, bowiem jest to stroma dróżka odchodząca od asfaltowej ulicy trochę na obrzeżach miasta. Jak się okazuje, nie jesteśmy jego jedynymi mieszkańcami, bo oprócz nas nocuje tu także francuska rodzina z małymi dziećmi, dręczącymi miejscowego, małego kotka (przemawiając do niego per „mis-mis!”).

Słońce jest jeszcze wysoko, więc wybieramy się oglądać skałki, z których słynie to miasteczko, jak również ulokowane pomiędzy nimi fortyfikacje. Co by nie powiedzieć, jest malowniczo. Skałki występują na ogromnej powierzchni wokół miasta, z fortecy na górze w środku miasta jest świetny widok na okoliczne wzgórza oraz zabudowania w dole. Niektóre skały są na tyle duże, że rosną na nich nieduże drzewa, co przy ogólnym dużym zalesieniu okolicy daje wrażenie bytności w jakimś bardziej skalistym regionie lasów tropikalnych w Ameryce Południowej.

Same fortyfikacje sprawiają wrażenie, jakby wybudowano jest razem ze skałkami – wpasowują się idealnie w krajobraz. W tej okolicy oprócz turystów napotykamy także jaszczurki i rozsądnej wielkości żółwie.

Dzień 8 – Kemping w Saparewej Banji (Riła).

O poranku ruszamy do kolejnego punktu przystankowego: w Saparewa Banja. Po drodze mijamy Sofię, która niestety wygląda wyjątkowo ohydnie, przynajmniej na obrzeżach. Pełno tu brzydkich zabudowań, obwodnica miasta jest wąska, zatłoczona i miejscami rozkopana. Z drugiej strony, kotlina w której znajduje się Sofia, a nad którą góruje masyw Witosza, z większej odległości jest bardzo efektowna – zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia jeszcze na długo przed osiągnięciem miasta, gdy zjeżdżamy na dno kotliny.

Kemping w Saparewej Banji okazuje się bardzo przystępny cenowo, dobrze wyposażony i bardzo sympatyczny. Samo miasteczko jest słynne między innymi z aktywnego gejzeru, jedynego na Bałkanach. Rzeczywiście, woda i para kipią z ziemi, a wokół unosi się smród siarkowodoru. Poza tym dla nas nie ma tu w zasadzie nic ciekawego, może poza dorodnymi mirabelkami i nieodległą Riłą, do której jednak nie mamy czasu się wybrać na tym wyjeździe.

Dzień 9 – Docieramy do Melnika.

Naszym następnym celem przed przekroczeniem granicy Bułgarsko-Greckiej jest Melnik. Bardzo małe i bardzo ładne miasteczko, słynące z wina i niezwykłych piaskowcowych formacji skalnych. Dojeżdżając tutaj zatrzymujemy się przy drodze, bo widoki są niczego sobie. W Melniku mamy zarezerwowany bardzo przystępny cenowo pokój (w relatywnie odległym pobliżu jest też dość niezwykły kemping) na jedną noc i plany na obejście piaskowców.

W Melniku można kupić wiele różnych rodzajów win, ale opłacalność tego biznesu jest dyskusyjna. Podobnie jak tokajskie wina w Tokaju są istotnie droższe niż w węgierskim Tesco, miejscowe wina są tu droższe, niż w bułgarskich supermarketach, chociaż asortyment jest większy i można też tego i owego popróbować (którą to okoliczność sprzedawcy chętnie wykorzystują – chyba w nadziei, że „uradowany” w wyniku degustacji klient chętniej zakupi więcej niż planował).

W mieście jest też sporo mniej lub bardziej zrujnowanych zabytków, w tym takie nieomal z początku ubiegłego tysiąclecia. Niestety, najwyraźniej bułgarski budżet nie pozwala na ich konserwację. W jednym miejscu natknęliśmy się na zardzewiałą tabliczkę informującą o planowanym zakończeniu (wspieranych przez fundusze UE) napraw… wskazującą na termin o ładnych kilka lat poprzedzający datę naszej bytności w Melniku. Oczywiście po naprawach śladu nie ma :) .

Wiodąca z grubsza do Monasteru Różańskiego trasa przez piaskowce nie jest oczywiście wycieńczającą wysokogórską wycieczką, ale z pewnością obfituje we wrażenia. „Piramidy” są bardzo efektowne i przez długi czas górują nad turystą. Czasami trzeba przejść przez jakieś wąskie skalne przejście, czasami przedrzeć się przez krzaki. Na końcu czeka na nas dość długa i stroma wspinaczka, która w panującym na niedużej wysokości upale nie należy do najprzyjemniejszych, ale widoki z góry wynagradzają trud wejścia. Ostatni odcinek trasy doprowadza nas do monasteru. Obejrzawszy jego wstydliwe wdzięki (nie wolno robić zdjęć), udajemy się w drogę powrotną na około, to znaczy asfaltową drogą okrążającą „piramidy”. Nogi trochę wchodzą nam… no, trochę nas bolą, więc z radością akceptujemy w połowie drogi propozycję podwiezienia ciężarówką, którą jedzie dwóch Bułgarów, z którymi ucinamy sobie niezbyt treściwą, ale w miarę skuteczną rozmowę na dwa obce języki ;) .

Z Melnika wywozimy ostatecznie trochę ładnych widoków, butelkę wina oraz… doskonałe wrażenia kulinarne. Dwa razy stołujemy się (na obiadokolację oraz, będąc pod wrażeniem obiadokolacji, na śniadanie dnia następnego) w jednej z knajp na rynku, w której ceny są obłędnie niskie, a jedzenie obłędnie smaczne. Szczególnie miłe jest to, że rzeczone jedzenie to nie „dewolaj z frytkami”, tylko tradycyjne bułgarskie smakołyki.

Część trzecia relacji:
https://travelauts.wordpress.com/2015/07/11/ro-bg-gr3/